Barbara Weise
Dodane przez swewa dnia 29/12/2011
Barbara Weise - oswaja się z określeniem: poetka, prozatorka, czy też kobieta przy sztaludze. Twierdzi, że pisanie jest dla niej czynnością fizjologiczną, konieczną na wszystko, co wchłania jej nadwrażliwa osobowość. Swoją dojrzałość dostrzega nie tylko w lustrze, kobiecość nie tylko w ramionach mężczyzny. Chciałaby, żeby wszystkie kobiety odkryły w sobie takie miejsce, w którym znajdą odwagę na bycie sobą. Marzy o stabilizacji, która pozwoli jej pisać, pisać, pisać...





TWÓRCZOŚĆ:





NIEPEWNOŚĆ


Niepotrzebny trzepot myśli
zatrzymane w pół drogi
spojrzenie

nagi lęk się skrada
czy nie za daleko
tip-topami
zaszliśmy

szczelina powrotów
topi słowa
urodzone zbyt wcześnie

czego chcemy?




PORÓD

I
stałam się kobietą

na przekór
niedopieszczeniom
dłoniom
wczepionym chciwie
w brzytwę włosów.

Wbrew zaprzeczeniom
że już nigdy
bo za późno
za pusto...

... urodziłeś mnie.




DO CIEBIE

Tuli się do mnie
wieczór
kleksy nadziewa
na drzewa
włosom
coś śpiewa
zawiewa

mokre buty
mnie niosą
do ciebie.




LĘKI

Jeszcze mnie lęki trzymają za rękaw
chociaż już dłoń
na klamce

gubią sznurówki ołowiane buty
stopy tak bose
bezbronne...

i

patrzę w niebo
nie dowierzam
mięknę
jak twoje imię
pisane kursywą.




ZDZIWIENIA

Zadziwia mnie
odbicie w lustrze
krysztale starych łez

łagodny woal myśli
jak szept
pełen prawd
o sobie

i niepytań sens
zachwyca mnie
co świt
od nowa.




TELEFON

Zmierzch rozrzuca

bukiety gwiazd



tip topami

wkrada się

cisza



roztańczony alfabet

na biurku



po trzech sygnałach

umiera samotność.





ZBIERAM


Zbieram słowa

w foremki zdarzeń

gorące

szare

i łzawe



Przemijanie

na kształt

kamieni

zastyga wierszem



Rozdarte poły

przemilczeń

zapinam

jak płaszcz

fastrygą





UCIEKAM


Uciekam w ciszę

zieloność traw

pobladłą chłodem ziemi.





Kolczasty atrament jeżyn

z kubeczka dłoni

cieknący jak łzy.



W nagły trzepot

cieniem zawisły

pod

znużonym słońcem.



Wołanie

skrzepłego wiatru

krzyk

połykanych słów


uciekam

w siebie.





SÓL


To tylko łza

kropla wody i sól

więc

skąd ten ból?





OD NOWA


Zadziwia mnie

odbicie w lustrze

krysztale starych łez



łagodny woal myśli

jak szept

pełen prawd

o sobie



i niepytań sens

zachwyca mnie

co świt

od nowa.





CZUŁOŚĆ



Lubię

czułość twych

dłoni



zakłopotanie rzęs

przy śniadaniu



arytmię kroków

między kapciami

a pantoflami



i



senne obłoki

pod powiekami.





***


Ciągle pytałam za co

rzucasz mnie na kolana

po kolejnej próbie

samostanowienia



w prawie do błędu

jak przestępca szukałam

alibi dla grzechu



a Ty patrzyłeś

na otarte wiosła ramion

gdy płynęłam pod prąd

przez życie.



Dzisiaj pytam za co

dałeś mi tyle spokoju

że miłość

nareszcie pojmuję



i czekam na wszystko

co od Ciebie przyjść może



ja



dziecko.





CZAS MIŁOŚCI


Zbliżał się małymi kroczkami, dyskretnie zaznaczając swoją obecność w oknach wystawowych, na półkach sklepowych - by nagle wybuchnąć feerią barw, muzyką, ekscytacją oczekiwania. Oplótł gęstwiną dźwięków, zaczarował myśli.

Idą Święta - docierało do każdego mimo woli. Cudowny czas pojednań, czas radości i szukania sposobności, by innym sprawić przyjemność. Gorączkowe poszukiwania prezentów, a potem - u kogo Wigilia i co na stół? W prawdzie jadłospis został już bardzo dawno temu ustalony, ale dlaczego nie spróbować czegoś nowego, inaczej?

Piękny czas, który przypomina również o tym, że nie wszystkim świeci słońce.

Więc, paczki od Mikołaja wędrują do dzieci którym jest mniej kolorowo. A każdy uśmiech wraca poczuciem spełnionego dobrego uczynku - jak miło na duszy.

Więc, Wigilie dla samotnych - na stołówkach, w świetlicach - niech wiedzą, że nie są sami. Niech się integrują w tej swojej samotnej gromadzie.

Więc, posiłki dla bezdomnych w jadłodajniach, na dworcach. Ciepła strawa, trochę serca, ogrzeją nie gorzej niż koksownik pod mostem.

Więc, uściski, życzenia, czy to w pracy, czy w polityce - wszyscy stają się jedną wielką rodziną, i w tych małych, też jakby trochę cieplej.

Kilka dni wzniosłych myśli, postanowień, dziękczynień... i małymi kroczkami wraca codzienność.

Dzieci wkładają marzenia do pudełek po prezentach.

Telewizor mruga do samotnej filiżanki herbaty na stole.

W kartonowych domkach tulą się do siebie ci, dla których życie, to walka o przetrwanie.

Małżonkowie odegrali już swoje role przy świątecznym stole i zastanawiają się - jak tu przeżyć następne trzysta sześćdziesiąt dni - zanim zadźwięczą dzwoneczki kolejnego czasu miłości.