Dobranocka rocznicowa
Dodane przez swewa dnia 29/10/2018
Roma Jegor

Dobranocka rocznicowa. Poniedzielna.



„ Tak jest. Już nawet zacząłem. Zabiję, to nie znaczy, że złapię pistolet Bucka Jonesa i zrobię bum. Zabija się w sercu. Przestaje się kochać. No i w końcu ta osoba umiera”…(Jose’ M. de Vasconcelos „Moje drzewko pomarańczowe”).

Nie chcę Was zabijać/zapominać. Chcę Was pamiętać. Zawsze. Teraz jestem pomiędzy. Pomiędzy Waszymi urodzinami, wspomnieniami, pogrzebami i nadchodzącym świętem Wszystkich Świętych. Pomiędzy pucowaniem nagrobków, kupowaniem zniczy, zamawianiem chryzantemowych wiązanek - jak wszyscy. Pomiędzy tamtymi śmierciami, a życiem, które wciąż trwa.

A miałam tylko napisać coś zwykłego, lekkiego, jasnego. Tylko że w głowie mam tamtą, rocznicową, "przypominajkową" niedzielę ( bardzo przecież niedawną). I spotkanie rodzinne, uściski, kwiaty, życzenia... Tak było.

*
Tak to jest, kiedy Seniorzy mają swoje urodziny albo rocznice. Oni zawsze mówią: "a może to już ostatni raz" ... - a wy mówicie - "a co też mama/tata/ wujek/dziadek/stryjenka, babunia... . I zaglądacie im w oczy i liczycie zmarszczki, siwe włosy. I rozczulają was ich białe dłonie, odświętne kołnierzyki i krawaty, i coraz słabsze głosy, i coraz mniejsze sylwetki, jakby ktoś powolutku upuszczał z nich powietrze. I to upuszczone powietrze robiło się wokół nich coraz rzadsze, tak że ich figurki wyglądają już prawie jak ze snu, jak z mgły, jak z przedwojennych fotografii. Teraz oni sami zaczynają już przypominać swoich ojców, dziadków, wujków, prababki..., całe tamto towarzystwo z laseczkami, pochylonymi ramionami, zapięte wysoko pod szyją, jakby w środku, pod guzikami, trzymali swoje płyciutkie oddechy, jak jedwabniki w swoich niebieskich kokonach. Ale teraz dzielnie, z podniesioną głową, suną środkiem kościoła żeby pomodlić się o zdrowie dla siebie i rodziny - w tym samym miejscu, w którym jakieś sto lat temu, w innym czasie, w innej epoce, w innym życiu, brali ślub, albo byli chrzczeni, trzymani w ramionach swoich chrzestnych niczym malutkie różowe tobołki... w których cały majątek rodziców...

Przyglądasz się później z jakim zakłopotaniem przyjmują życzenia i upominki, dmuchają świeczki, z jaką nieśmiałą przyjemnością piją odrobinę z kieliszka szampana - jak ptaszki, po maleńkim łyczku, po ledwie dostrzegalnym zaróżowieniu białego policzka...

I jacy są szczęśliwi, że widzą was wszystkich ("może to już ostatni raz" ), że wreszcie zdarzył się ten cud, że siedzicie wszyscy razem z nimi przy stole , że rozmawiacie, wspominacie, że śmiejecie się do nich, a oni śmieją się do was i zapominają, na ten czas rodzinny, o swoich zimnych stopach, rwach, ciśnieniu, cukrze w cukrze, cholesterolu, wątrobie, nerce, kolanie, kolce. O maściach, pigułkach, zastrzykach, okładach i o tych swoich myślach jak wrony, bo teraz jest znowu jasno, słodko, ciepło, gołąbkowo...

*
Taka była tamta niedziela. Niepowtarzalna. I goście dopisali. I październik się spisał. I słońce grzało jak szalone . Jakby chciało na zapas, na wielkie zapasy na zimną przyszłość.

Dobranoc. Jasnych dni - choćby nawet miało mocno padać.