Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

Wakacyjne pocztówki
Bogdan Zdanowicz
Marek Przybyła i jeg...
Nauczyciele są ważni
21 marca Światowy Dz...
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

Małgorzata Köhler
Małgorzata Köhler - (Małgorzata Gołąbek) urodziła się we Wrocławiu, później związana była z Kielcami, gdzie debiutowała w 1973 roku w „Przemianach”. Od 1985 przebywa na emigracji w Niemczech.

Opublikowała dwa zbiory wierszy: „Zimne ognie” (1978) i „Zjedz ślimaka” (1982), powieść „Zabieg” (1980) oraz tom opowiadań „W drodze do szpitala” (1981). Po dłuższej przerwie, spowodowanej emigracją i wychowywaniem dzieci, wróciła do pisania. Napisała kolejne powieści: „Szczęśliwą stronę ulicy” i „Cena plażowego psa”. Wiersze publikuje na portalach literackich Rynsztok i Liternet.

Jest autorką sztuk teatralnych: „Do nieba”, „Wojna” oraz monodramów: „Faul” i „Ruda”.

W Laboratorium Dramatu Małgorzata Kożuchowska czytała jej monodram „Pierwszy kamień” w reżyserii Marii Spiss.




TWÓRCZOŚĆ:



Wieża kontrolna

Obcasiki - skąd pani ma czerwone
i zmarszczkę między brwiami?
Jakby dopiero dostrzegła krawędź między dachami,
gdy blacha rozgrzana gra metal.

Ktoś z rąk wypuścił, zniosło rozkołysaną
w niebo nieswoje; za panią co-pilot, blady papier, anioł.

Leci pani na cudzej pamięci,
w zwężone oskrzela dym wciąga,
a on stół składa, pali, ołtarz -
z uparcie zamkniętymi oczami spłonie pani,
nim spadnie.

Roger. Over.
A pani nad tym stołem, nad domami, nade mną,
w ciemno.




Coming out

Króla zjadł pies, pazia zjadł król,
królewnę myszka zjadła.



Jestem hetero. Problem jednak w tym,
że zmieniam skórę jednym błyskiem snu,
budząc się suką w uściskach królików
lub kochającą równo niedopłatnie,
czarne i białe, kurwą, 2-gi wybór;

bez wstydu groupie – kiedy Paul de Bello,
puszczając oczko do kobiet i mężczyzn,
jęczy na basie, nie patrz mi na rzęsy.

O, umiem kochać na rybę i gładko,
nie gardząc jednak dziurą wyobraźni;
kiepsko mi idzie z rimbaud i otellem.
lepiej odysem - tkać jednak nie umiem.

Wyznam: najbardziej chciałbym kochać proustem.

To niebezpieczne jest, wiem, bo widziałem
- wiotką blondynką, w lewej Vouge i Times,
w prawej aparat do cykania dżungli,
i kątem oka - zwierzątko na piasku,
gdy w kwarc, jak w bursztyn weszło i przycichło,
lecz wrony czujną, czarną płachtą wzięły
z niego do czysta,
i nie pozostało ziarnko ni mucha.

Tak, jestem hetero –
no i ?
mgnienie skóry.



* nie ma w tym żadnej innej symboliki
niż tylko banał – że wszystko jest skórką.




Między kobietami

Patrzyły na to obie, na tę ciemną rzecz,
której połysk tłumiła noc,
noc moczyła płaszcze w czarnej farbie,
jej szynel, mój diesel, nasze twarze, tę rzecz,
w niewyraźny mat;
to miasto w zaciek kresów, w wojenne zaciemnienie
niczyich okien.

jedna z pogranicznych,
długich, lodowatych, w Görlitz,
gdzie wbrew temu, co mówi Wolf, sople wzięły
więcej ofiar tej zimy, niż szeryf.

Raczej czekolada, niż rekwizyt mordu.
Metal był ciepły, przylegał i ważył.
Myślałam - to nie ma w sobie nic męskiego.
Zależy od dłoni, zawiera. zapewnia,
o czymś bardzo niejasnym.

Ostrożnie! - powiedziała prędko ta bez twarzy,
- przy skierowaniu broni w moją stronę,
wyciągam natychmiast.

Widziałam jakoś przez nią. Jej za małą kuchnię,
faceta, który ją zostawił. tyje.
szajs noc, to już trzecia. każda niepotrzebna.
źle utlenione włosy. Jej fryzjer ma raka.

- O, tak? - zapytałam, podciągając straszak.
Jej ręce drgnęły lekko, w górę, w stronę nieba.


Dotknął mnie językiem

Szył, na okrętkę; jasną, lśniącą nicią zaszywał cipkę.
Kto cię tak pociął, mała? - zaśmiał się. Pies – skłamałam,
ale mi nie uwierzył. Drgały z zaciekawienia klipsy w uszach misiów,
na regałach ta cała love parade
a między nami jego brązowa ręka, rytm ściegu.
I dziecko w gnieździe, w wiórach na brudnej podłodze.

Dotknął językiem nici i zadrżałam -

źle potrącona struna, fałsz - zamknięty mrozem pąk,
a on za nas oboje modlił się ustami
na kładce wąskiej, kołysząc oddechem;
nie chcę! przepaść w minecie – daleko do ramion,
zagłębień szyi, do mnie w nim, pod którym się roztapiam
– ogień – bierze wszystko,

nie zostawi ogarka. Stój, patrz, i pilnuj,
ocal chociaż angels share, zanim, znikając, krzyknę:
nie będę mieć przed tobą,
ani żadnej mojej.


- Jest jak nowa, przetrzyma nawet atak zębów -
dziecko spojrzało na niego z pogardą; jej nie znosiło nigdy.
Lalkarz patrzył mi w oczy, miękko, psio. Wyszłyśmy.




Brudna

czego dotknie, brudzi. Czego nie dotyka
otorbia się, zasypia. Jest coś w tej kobiecie
ze śmierci: naznaczenie, bezwzględna przyczepność
do życia.
Co puści, usycha, wyssane, niezdolne
ponownie się urodzić. Przestrzeń, gdy ją przetnie
zamyka się niechętnie, zgwałcona.

Nie idzie, płynie. ręce ogarniają powietrze,
chciwy oddech, ramiona kołyszą rytm. słyszy
tylko siebie.
W środku to, co na skórze: mętnie, wir, gonitwa.
rozstępuje sie woda, wzdraga. nie dotyka
jej nie dotyka




Berlinae, Frauenzimmer


Nie krzycz, że znowu hardcor. Nie może być miękko.
tak brzmiał pod sceną tylko sufler, śmierć,
a one, wstępujące nie w pastel a w szkarłat,

trzymały się twardo.
Ktoś je wystylizował, napisał scenariusz
odpowiedzi "na żywo", ktoś kupił tej jednej
szary kostium chanela; druga, w stroju standard,
tuliła bukiet, róże, do wpół nagiej piersi.

Filmowa premiera, rzecz o prostytucji
powyżej sześćdziesiątki.
Było coś w tym filmie,

(lotnisko, zakurzone, przez szybę, bezgłośne.
Trzask sierści persa. Rozpinanie haftek.)

z oglądania owadów lub zwierząt w terrarium
wibracja pełnej sali, przez lustra i okna
badanie, muszloskopia. Poławiaczka, reżyser - młoda,
prawie dziecko - odniosła sukces.

Córka jednej z nich:
gdy mówię w szkole, że mutti jest hure,
schodzą na tolerancję i odwagę.
Kontrast pomaga światu.
Kwiaty. Brawa.

Szkarłat,
nie szkarlatyna.
Nic, czego się nabawia.

(przestawianie przedmiotów. Powolne, z namysłem
zawieszanie materii. Płynny ruch kamery

przez światlo, z Rembrandta. I jak się napina
ciało w objęciu pończoch. I jak trupio świeci
w obskurnej klatce bloku. Przejście, skóra, mat.)

jakby kładł na płótnie coraz to nowe warstwy
w bukiet ciemnych lilii.

(Obłamała pręciki, żeby nie brudziły.)




Rachunek za wodę (tragedia)

Zabrała dywan, zatrzasnęła ściany,
pies nie zaszczekał, nie zatrząsł się dom.
Tylko dźwięk pusty, jak w kubku blaszanym.

A wszystko wcześniej splotła i utkała.
Podobno snuła plany, przepełniając wannę,
godzinami. Kochanie, czy mogę zakręcić?

Chór:
Płyń, Penelopo, niech cię diabeł pchnie
w żagle dziurawe, okręt cisza wchłonie!
prąd ci odłączą, skończysz w domu starców.


Odys:
Myślałem - spłynie. płaciłem za wodę.
A o niej: katar, wysuszy się, przejdzie,
gdy wróci - mokra, zawstydzona cipka.
Dziś nie dałbym dwóch penny.

Coś w niej musiało namierzyć odległość,
tę w latach gwiezdnych; uniosło w łuk brwi.
coś nisko w brzuchu, gdzie u kobiet śpi
zwinięta w embrion wojna, wilk trojański.

Chór:
Płyń, Penelopo! niech cię diabeł pchnie
w żagle dziurawe, okręt cisza wchłonie!
prąd ci odłączą, skończysz w domu starców.


Tezeusz:
Coooool!

Pies:
(...)




PIE R W S Z Y K A M I E Ń

( Monodram)


Scena jest ciemna, słychać tylko miarowe, mechaniczne skrzypienie. Powoli wchodzi światło pokazując podwójną huśtawkę, której puste krzesełka wahają się, skrzypiąc. Obok ławka i piaskownica, w której leżą zapomniane zabawki i ubranka. Ten obraz jest w tyle sceny.

Z przodu, tuż przy publiczności, przy małym stoliku, przedzielonym w połowie symboliczną szybą, stoją dwa krzesła, jedno twarzą do publiczności, drugie tyłem. Przez oparcie drugiego wisi przewieszona torba reportera, za szybką leży stos gazet i wycinków gazetowych, stoi szklanka wody i mikrofon.

Po chwili wchodzi kobieta. Siada za szybką.




Anna B.:

- Przyszłam, ale powiem pani, że długo się namyślałam. Bo to już właściwie nie ma sensu. Czego wy jeszcze ode mnie chcecie? Już myślałam, że daliście mi spokój. Już wszystko zostało powiedziane sto razy i sto razy przekręcone. Zarobiono na mnie dużo pieniędzy.

Nawet nie wiem, kto zarobił, coś mi obiecywano, ale co to mnie wtedy obchodziło, jakże ja bym, na dzieciach? Nawet nie wiem, co podpisywałam. Co chwilę coś podpisywałam. Zeznania, pełnomocnictwa, a wszystko machinalnie. Nic nie widziałam, przecież prawie cały czas płakałam. Może teraz się okaże, że jak ja z panią rozmawiam, to jest wbrew jakiemuś punktowi jakiejś umowy, kto to wie, co ja jeszcze wtedy podpisałam. Tylko, że teraz jest mi już wszystko jedno. Nie mam już więcej żadnych wspomnień do sprzedania.

Po co to pani jeszcze teraz? Napisała pani, że nie wierzy w moją winę . Ale co mi to da? Co to pani da? Ja nie mam już niczego do powiedzenia. Powiedziałam im wszystko, tysiąc razy. Mówili, że brzmiało, jak wyuczone. To co, miałam się mylić, jak było? Ale nic nowego sobie nie przypomnę, bo nic nowego nie było. Przez te wszystkie lata grzebałam w pamięci, próbowałam poskładać te puzzle, wszystko na darmo. Nie mogę pamiętać czegoś, czego nie widziałam, nie mogę zrozumieć czegoś, co nie jest do zrozumienia. Traci pani tylko czas.

Nie mam nic nowego do sprzedania. Żadnych nowych wspomnień. Starych chciałabym się pozbyć. Ale tych nikt już nie chce. Modlę się. Chociaż rzadko. Modlę się, żeby zapomnieć. Żeby móc o tym wszystkim zapomnieć i normalnie żyć. Tylko, co to znaczy: normalnie? Ja już nie pamiętam normalnie. Czy przed tym było normalnie? Czy moje życie, zanim zamieniłam się w Annę B. Dzieciobójczynię, Potwora z piaskownicy, czy moje życie było przedtem normalne?

Przeciętna, mówili. Robiąca wrażenie normalnej, kochającej matki, pisali. Za tą przeciętną twarzą ukrywa się osobnowość niebezpieczna i wyrachowana, pisali. Średniego wzrostu, szczupła, niepozorna. To ja.

(Bierze do ręki wycinek z gazety, czyta)

- Anna B., kobieta szczupła i niepozorna, zadziwiała obecnych swoim spokojem i pokerową twarzą, na której trudno było dostrzec jakieś uczucia. Odpowiadała na pytania sądu głosem beznamiętnym, niezaangażowanym. Trudno jest uwierzyć, że może tak spokojnie mówić o swoich zamordowanych dzieciach. Obojętność tej kobiety jest przerażająca i nawet najbardziej zahartowani dziennikarze wychodzili z sali sądowej wstrząśnięci, gdy przyjęła wyrok bez mrugnięcia powiek.

- Ja już tylko chciałam, żeby się to skończyło. Byłam na tabletkach, przez wiele miesięcy byłam na tabletkach. Jeśli ich nie brałam, płakałam bez przerwy. Ile można płakać, mówili ludzie. Otóż można, płakać można bez końca. Wydawałoby się, że organizm powinien to jakoś regulować, że łzy też się kiedyś kończą. Zapewniam panią, łzy nie kończą się nigdy. Tego jednego człowiekowi nigdy nie zabraknie.

Ale one nie płakały, kiedy.. Gdy je znalazłam, na ich buziach nie było śladów łez. W ogóle były takie..spokojne, jakby spały. I Daniel miał nóżkę tak podwiniętą, jak zawsze, kiedy spał. Tylko...ta cisza. Nie było ich oddechów.

Bo zawsze poznawałam po ich oddechach, kiedy usypiały. Bo ja je usypiałam co noc, zawsze, śpiewałam im piosenki, takie różne, kołysanki, takie prawdziwe i moje, wymyślone.Taka jedna, co ją wymyśliłam, zawsze je uspokajała, jak któreś się przewróciło i płakało, albo coś. I przed zaśnięciem też ją im często śpiewałam.

(Nuci kołysankę, kiwając się lekko do przodu i do tyłu. Urywa nagle.)

-I coraz ciszej śpiewałam, aż ich oddechy się uspokajały, i potem były już takie równe i takie ciche, takie ciche. A potem brałam je na ręce, i przenosiłam z mojego dużego łóżka, w którym leżeliśmy wszyscy troje, do ich małych łóżeczek, i tam już spały do rana. I Daniel tę nóżkę zawsze tak potem śmiesznie podwijał.

I tylko buzię miał tak dziwnie otwartą...

Więc wtedy.. Ja je też przeniosłam. Do samochodu je przeniosłam, bo gdzież miałam je przenieść, przeniosłam je do samochodu, bo podjechałam tam żeby być szybciej, i bo miałam kluczyki w ręce, jak spotkałam Henryka, i on z tą straszną, czerwoną twarzą tak się wykrzywiał i powiedział mi wtedy " Już mi niczego więcej nie zabierzesz, bo już nie mamy dzieci, już nie mamy naszych dzieci!", a ja wiedziałam, że to prawda, bo jak popatrzyłam na tę jego twarz to wiedziałam, że coś strasznego się stało, że on coś strasznego zrobił, i ja miałam te kluczyki w ręce, bo właśnie wysiadłam z samochodu, przed domem się spotkaliśmy, gdy on wracał z tego placu zabaw, gdy ja przyjechałam właśnie, za późno przyjechałam...

Nie było mnie wtedy. A może jednak byłam. W straszliwy sposób obecna w ich życiu małym i niedokończonym, życiu, którego miałyby może więcej, gdyby nie ja. Bo gdyby one się urodziły w jakiejś normalnej rodzinie, u jakiejś spokojnej kobiety, która zgadza się na swoje życie takie, jakie jest jej dane, jakie jej się przydarzyło, więc widocznie było jej przeznaczone, i ona przyjmuje to życie, i może nie jest często szczęśliwa, ale za to ma to, co się każdej rodzinie należy - święta przy choince, możliwość pakowania prezentów urodzinowych w kolorowy papier, gotowanie zupy i patrzenie, jak wszyscy jedzą, świadectwa ukończenia kolejnej klasy, nawet takie zwykłe, średnie świadectwa. Srednie życie właśnie. Więc niechby one chociaż dostały taką matkę i takie średnie życie.

Pisali: "Wykształcenie średnie. Przeciętna. Nigdy się niczym nie wyróżniała." Pisali: " Sprawiała wrażenie osoby, która chce być przeźroczysta". O, ja byłam wtedy przeźroczysta , wszystko przechodziło przeze mnie, jak przez szybę, nic nie zatrzymywało się, bo nic mnie już nie dotyczyło. Najpierw chciałam jeszcze, żeby mi uwierzono. Ale potem... Potem stało się to takie absurdalne. W pierwszym procesie opowiadano godzinami o tych nitkach ze sweterka. Badali wszystko i wszystko posyłali do analizy, widziałam te dowody, wszystkie w takich małych, plastikowych , dobrze zabezpieczonych torebeczkach. Tyle tych dowodów! Piasek z piaskownicy, piasek z bucików, nitki z ubranek. Tyle torebeczek! Kładziono je na stół sędziowski a ja wiedziałam, że gdzieś tam, w której z tych torebeczek, są kawałki moich dzieci, są ich paznokcie i włoski i co oni im tam jeszcze pobrali, wycięli, zanalizowali. Tłumaczono mi te dowody, długo tłumaczono, dlaczego jestem winna z powodu tych nitek ze sweterka. Ale nie musieli tego udawadniać. Bo przecież ja się przyznałam. Ja nie zaprzeczałam, że przeniosłam je do samochodu, i wtedy te nitki... Ale przecież ja miałam cały czas jakieś nitki na moim ubraniu. Ich włosy. A ta plamka z jagód? Dlaczego nikt nic nie mówił o tej plamce z jagód? A cóż ja innego miałam mieć na moim ubraniu, jak byłam z nimi od rana do wieczora, tylko te noce..

Bo pani sama wie - jak się urodzą dzieci, to matka obcina włosy, albo wiąże, bo jej włosy mogą wejść do buzi dziecku. I nosi wtedy takie ubranie, co się łatwo pierze, jakieś trykotowe, najlepiej z bawełny. Ja miałam ładne, długie włosy, zanim się urodziły oczywiście, nie takie gęste jak Laura, ale miękkie i bardzo długie, i obcięłam je, i pamiętam, jak jeden z chłopaków, taki, co się we mnie trochę podkochiwał przedtem, zanim wyszłam za mąż, powiedział "- Co się z tobą stało? Gdzie twoje włosy?", i ja się wtedy śmiałam, ale to bolało , trochę..

Więc to ubranie.. Daniel ciągle zwracał, nawet, jak już miał dwa lata, chyba mleko mu jakoś nie służyło. Więc pani wie, co ja ciągle miałam na moim ubraniu.

Ja wtedy tę bluzkę włożyłam, nowa była, zielona. Na złość Henrykowi ją kupiłam, bo on bardzo nie lubił, jak sobie kupowałam nowe rzeczy, ale wtedy było mi już wszystko jedno, i tak się wszystko wydało i były stałe awantury, i w tych awanturach ja się zrobiłam taka twarda jakaś, i już się go nie bałam, bo byłam już wreszcie umówiona z adwokatką, i bo walczyłam o to, co było dla mnie najważniejsze . Tak się cieszyłam z tej bluzki i trochę się spieszyłam, bo byliśmy umówieni; on na mnie czekał, Mario na mnie czekał i to było smutne spotkanie, bo mieliśmy się pożegnać, bo go przenoszono służbowo, ale z drugiej strony nie na długo, bo ja wiedziałem, że do niego przyjadę, muszę pojechać, już prawie podjęłam tę decyzję, tylko nie wiedziałam jeszcze jak.

Bo zapyta pani, jak to tak, brałam ślub kościelny, i on, Henryk, nic złego mi nie robił, tylko tak, jak wszyscy mężowie - ciągle się czepiał, że za dużo wydaję, albo śmiał się ze mnie, że nie umiem parkować, albo coś o mojej matce. Albo, jak się postarzałam. Że nie nadaję się nawet do przybicia gwoździa. Że naprawdę jestem blondynką. Takie tam, nic poważnego, mścił się chyba jakoś podświadomie, bo na początku nie za bardzo chciałam za niego wyjść; kochałam się w takim jednym, całe lata byłam w nim zakochana. W nauczycielu, jeszcze ze szkoły. Ale nic z nim nie miałam, nie. Biologii uczył, i ja potem już zawsze lubiłam biologię. On nic o tym nie wiedział, na szczęście, niech pani nie pisze, bo chyba nie byłby szczęśliwy dowiadując się, że kochał się w nim potwór z piaskownicy.

Ale w Henryku też w końcu się zakochałam, chociaż wyjść za niego za mąż zdecydowałam się dopiero, jak już Laura była w drodze, i on czuł, że coś jest nie tak, i upił się na weselu, i płakał.

To nie był zły człowiek wtedy, ten Henryk.

Tylko, że ciągle się wtrącał do wszystkiego. Ledwo kupiłam jakąś koszulkę, już musiał powiedzieć, że widział w innym sklepie dwie za tę samą cenę. I jak dzieci rozpieszczam. I po co tyle zabawek. Ale był dobry dla nich i często kupował im sam coś nowego, chociaż na mnie wygadywał.

Tylko potem już się bałam zostawiać je z nim, po tym, jak się wszystko wydało i on się zrobił taki straszny, i tyle pił. Zawsze pił trochę za dużo, ale tylko trochę właśnie, tak - z kolegami, jak wszyscy. Miał swoją stałą knajpę i przesiadywał w niej, bo w domu było ciasno i bałagan, a na początku one dużo chorowały, więc tak się przyzwyczaił. Tylko, że nie znosiłam, jak wracał taki śmierdzący alkoholem. Nawet nie bywał często pijany. Tylko to piwo, pił dużo piwa i to mnie jakoś tak...brzydziło. Nie wiem właściwie, dlaczego. Dawniej sama lubiłam piwo.

I coś się takiego ze mną stało, że nie wiadomo czemu, zaczęło mnie to coraz bardziej brzydzić, i potem już tylko leżałam w nocy i trzęsłam się, że on za chwilę przyjdzie, z tym zapachem, i powie to, co zawsze, jakieś takie głupie, " No, czekałaś na swojego męża, kurko domowa?", albo podobnie, i sięgnie po mnie, jak po swoje. Ale ja przecież byłam jego, więc chyba powinnam sobie to jakoś wytłumaczyć.

I nie było przed nim ucieczki, bo nawet, jak przez jakiś czas próbowałam się kłaść do dzieci, bo chorowały, a potem już trochę naciągałam, to też potrafił przyleźś do łóżka, gdzie leżeliśmy we trójkę, i sięgać po mnie, i nic mu nie przeszkadzało, a Laura raz się obudziła i płakała, więc szybko przenosiłam je do ich łóżeczek, i zgadzałam się już potem na wszystko, żeby tylko był spokój.

Więc takie było wtedy to moje normalne życie.

Na początku próbowałam sobie tłumaczyć, że to dobry człowiek, i że mnie kocha, i że kiedyś przecież lubiłam z nim być, tak długo się całowaliśmy zawsze przed moim domem, jak mnie odprowadzał. Ale potem nie całowaliśmy się już w ogóle.

I jak sobie tak tłumaczyłam, to nawet trochę pomagało, i mniej mnie od niego odrzucało. Ale potem wróciło to obrzydzenie, jak uderzył Daniela, gdy pchał mi się na kolana, a on właśnie powiedział, że ma iść do swojego pokoju. I wtedy zobaczyłam go nagle jako obcego, który bije moje dzieci, jako tego obcego, co przychodzi w nocy i bierze mnie jak rzecz, który ma do nas prawa, ale właściwie dlaczego? Bo czy w rodzinie ma się prawo do drugiego człowieka jak do półki w łazience, wieszaka w szafie?

Czy mamy w ogóle jakieś prawo do rozporządzania drugim człowiekiem?

Nawet dziećmi?

I czy ja stałam się jego własnością na zawsze? Zawsze to jest piekielnie długo. Zawsze to jest nie mieć już żadnej nadziei. I ja nie miałam nadziei, nie miałam przyszłości, miałam tylko dzisiaj, i to szczęście małe takie i codzienne, ale jednak; pierwsze ząbki, rysunki, wycieczki za miasto albo do moich rodziców. Ale tylko dzisiaj właśnie.

A potem coś się poplątało, coś stanęło na mojej drodze, ja tego wcale nie chciałam, broniłam się przed tym, ale krótko się broniłam, bo to mnie zaskoczyło i było silniejsze ode mnie, kiedy poznałam jego.

Zapyta pani, jaki on był , ten człowiek, dla którego poświęciłam wszystko?

Wszystko.

Jaki był ten człowiek, przez którego musiały umrzeć moje dzieci?

Duży był, nie bardzo duży, ale taki jakiś prosty, wyprostowany, znaczy się, i ramiona miał takie duże, grał trochę w tenisa, ale nie wiem, czy to od tego. Na nasze spotkania ubierał się ładnie, tak trochę po włosku, miał takie jasne marynarki, śmiałam się, że to dlatego, że jego jedna babka była Włoszką. Więc dlatego mówiłam do niego Mario, choć miał na imię Marian, bo ta babcia tak na niego wołała w dzieciństwie, i ja się z tego śmiałam. Ale włosy miał jasne, i takie...pachnące. Pachniał. Nie wiem, czym pachniał. To było takie coś, jak na łące w lecie. Jak na wakacjach.

I ja się czułam, jak na wakacjach.

I gdy się spotykaliśmy, i obejmował mnie na przywitanie, to zawsze musiałam najpierw w niego wtlulić nos, i poczuć ten jego zapach, jak pies. Tak mnie do niego ciągnęło. Jakby mnie zaczarowało.

( Zamyka oczy, wciąga głęboko powiertze nosem.)

Na początku się przed tym broniłam. Ale jakoś tak przysuwałam się coraz bliżej. Jakby mnie ten zapach właśnie przyciągał. Może człowiek jest bardziej zwierzęciem niż nam to kościół i prawo próbują wmówić? A może to tylko ja byłam taka... niewydarzona. Prymitywna. Suka, pisali. Wściekła suka, napisali na domu moich rodziców.

Ja wiem, to jest trudne do zrozumienia, tego nikt nie zrozumie, że można tak wszystko zniszczyć, zaprzepaścić z powodu jednego zapachu. Ale może to nie był tylko ten zapach. Tylko, że ja już dzisiaj nie wiem, co to było.

Może to był jego głos? Miał taki głęboki a jednocześnie miły i delikatny głos. I kiedy wymawiał moje imię, zdrobniale, to było w tym coś takiego ciepłego, że czułam się, jakbym wróciła do domu. Jakby babcia ożyła, bo ona mnie właśnie tak często wołała.

( Nasłuchuje)

A z drugiej strony znów nie wiem. Bo przecież ten jego głos był taki męski. Więc może to jednak nie ten głos.

I że mówił do mnie zawsze tak łagodnie. Nie, że mam coś zrobić, albo coś zrobiłam. Albo, co on myśli. Tylko przeważnie pytał. Pytał, jaki był mój dzień, i czy chcę jajko na miękko czy na wpół miękko, i czy Laura się przestała drapać po tym nowym lekarstwie do smarowania, jak miała ospę wietrzną, i co słychać u moich braci, i co mi się śniło. I mówił o mnie. Już tak dawno nikt nie mówił o mnie. Z Henrykiem to było ciągle " zrób" i "trzeba" , i zakupy, kredyty, choroby, i "trzeba samochód wreszcie do myjni" i najwyżej telewizja, ciągle telewizja, jeśli nie szedł do knajpy to telewizja leciała na okrągło, mecze i jego krzyki , jak wbili bramkę.

A on mówił o mnie. Brał moją rękę, miałam szorstkie ręce od zmywania i tych wszystkich środków, dopiero potem zaczęłam je smarować kremem na noc, bo się wstydziłam. Brał tę moją rękę, taką szorstką, i to mu nie przeszkadzało, tylko całował moje palce i zauważał, że są długie i delikatne. Masz takie delikatne dłonie, mówił. Zimna ręka śmierci, pisali potem w gazetach.To było o mnie.

(Grzebie w wycinkach.)



- Pisała pani, że nie wierzy pani w moją winę. Niech każdy wierzy sobie, w co chce. Ludzie zawsze w coś wierzą, co im się zgadza z tym, czego oczekują od świata. Pani ma dzieci, prawda? Więc nie może pani uwierzyć, że matka...Pani jest dobrą matką i chce, żeby wszystkie matki były dobre. A ja byłam dobrą matką. Tylko, do którego momentu? Kiedy przestałam być dobrą matką?

(Czyta)

Pisali: " Już planując zbrodnię ręką, która nie zadrżała, zaplatała córeczce warkocze, wplatając w nie odświętne, kolorowe wstążki, jakby chciała ustroić ją na spotkanie śmierci".

Laura prosiła o te wstążki, bo Isia, jej przyjaciółka, właśnie nosiła warkoczyki.

Więc, czy ja, plotąc te warkoczyki, byłam jeszcze dobrą matką? Laura piszczała, bo ja się już spieszyłam, bo on czekał na mnie i byłam już spóźniona. I chyba ją szarpnęłam, chociaż Laura często piszczała przy czesaniu, tak się lubiła ze sobą pieścić, żeby na nią zwracać uwagę, a ja już myślałam o czym innym...

Laura miała takie gęste, śliczne włosy, nie po mnie, bo ja mam takie raczej zwyczajne, a i nie po Henryku, bo on przecież już zaczynał łysieć, więc skąd u niej te piękne, grube warkocze? Ale Daniel to raczej po mnie, i włoski takie miękkie..

Więc oni, że to potwór, a nie kochająca matka.

Pani wierzy, że ja te warkocze plotłam z miłości.

Powtarzałam: niewinna. Do końca procesu tak mówiłam, tak mi kazał adwokat. Ale to nie jest prawda. Wszystko, cokolwiek się zdarzyło, cała ta historia od początku do końca, jest moją winą. Wszystko, co zrobiłam, i to co świadomie zaplanowałam, i to, co zdarzyło się przypadkiem, za wszystko to jestem odpowiedzialna ja. " Zabić sukę!", krzyknął ktoś przed ogłoszeniem wyroku. Nie mógł pogodzić się z bezmiarem mojej winy. Powtarzam sobie to często w myślach. Zabić sukę! Bo są dni, zdarzają się, choć rzadko, takie dni, że zapominam, kim jestem. Budzę się rano i myśli mam takie zwyczajne, że słońce, albo kawa, albo, że taki piękny śnieg. I że chciałabym pojechać na narty. Ale jakże tak, po prostu na narty? Więc chcę nie zapomnieć, kim jestem. I czy pani to pasuje, czy nie, nic innego już pani ode mnie nie usłyszy. To już musi pani sobie sama odpowiedzieć na te swoje pytania.

Nie powinnam była wyjść wtedy do niego, chociaż Henryk był na zwolnieniu lekarskim, bo skaleczył sobie rękę, wybijając w trakcie awantury szybę w drzwiach. Tylko, że Mario miał następnego dnia wcześnie wyjechać, a z drugiej zmniany miał przyjść późno, i już prawie nie mieliśmy czasu. Nie wychodziłam nigdy, dopóki dzieci nie usnęły, chyba że krótko, do lekarza albo coś takiego, i wtedy zawoziłam je do matki, bo Henryk nie zajmował się nigdy domem. Mógł z nimi pójść na spacer, owszem, albo oglądać razem bajki dla dzieci, ale żeby coś ugotował, to nie. Więc w dzień byłam zawsze z nimi. I na placu zabaw też nigdy nie zostawiałam ich samych, był dość daleko i często pusty, a w dodatku zupełnie zasłonięty żywopłotem; więc jeśli tam szliśmy, to brałam jakąś gazetę albo robótkę na drutach i siedziałam z nimi, i pilnowałam ich. Tyle się słyszało okropnych historii...

Siedziałam na tej ławce, ile ja godzin przesiedziałam na tej ławce. W dzień patrzyłam ciągle na moje dzieci, a właściwie patrzyłam przez nie, widziałam ich jasne główki, blisko siebie, pochylające się i przesuwające na tle żywopłotu, część krajobrazu po prostu, coś samo przez się zrozumiałego. To ja, a to moje dzieci, nie myślałam dużo o tym, były ze mną zawsze, więc jeśli myślałam, to odruchowo, takie codzienne myślenie - już pora zaraz kończyć, Daniel musi spać, albo, że dam im teraz obrane jabłko, bo do obiadu jeszcze sporo czasu, i że Laura już jest za długo na słońcu a ma taką jasną skórę. Takie tam, normalne myśli, ale nigdy, że to coś wyjątkowego, dar, prezent, magiczna chwila, którą trzeba uchwycić i przeżywać, i powtarzać w myślach, aż do szaleństwa, bo zniknie i nie powtórzy się już nigdy więcej. Wtedy myślałam często takie zdania jak: nie mam chustek jednorazowych, a Danielowi cieknie z nosa. Znowu zasypały sobie głowy piaskiem, trzeba będzie je wsadzić do wanny. Dlaczego nie myślałam wtedy, że to coś takiego cennego? Dlaczego o tym, że jesteśmy szczęśliwi, wiemy dopiero potem?

Przecież mogłam chociażby myśleć o tym, że one dorosną, i im będą większe, tym mniej mnie będą potrzebowały. Już nie będzie tego: Mamo, powiedz, który ogródek jest ładniejszy, mój, czy jego?, Mamo, pohuśtaj mnie, i mnie też, pomóż mi; będą coraz bardziej samodzielne a ja będę się z tego cieszyła, będę musiała się z tego cieszyć. Nie, tak nigdy nie pomyślałam.

Teraz myślę sobie czasem: Laura byłaby już dorosła. Byłaby na pewno ładna, z tą porcelanową, jasną skórą i dużymi, szarymi oczami. Może zrobiłaby już prawo jazdy, zawsze była taka odważna i samodzielna. Ciekawe, czy dalej chciałaby być nauczycielką.

Daniela nie umiem sobie wyobrazić, był taki malutki, nie mogę widzieć go jako młodego mężczyznę, z dużymi dłońmi, nogami, sypiącym się wąsem. Jest dla mnie ciągle jeszcze taki mały, z jasnymi loczkami, jak wtedy, w piaskownicy.

A wtedy patrzyłam przez ich główki, gdzieś w przestrzeń, w przyszłość niepewną, w kółko rozptrywałam wszystkie możliwości i starałam się znaleźć jakieś rozwiązanie, choć wiedziałam, że nie ma żadnego dobrego rozwiązania. Sytuacja jeszcze nie dojrzała, nie nadszedł czas decyzji.

Chociaż nie było dobrej decyzji a ten czas nie miał nigdy nadejść.

Rozhuśtywałam im huśtawki i machinalnie śledziłam je wzrokiem: tak - nie, tak - nie, tak - nie... Byłam w apatii, jak sparaliżowana. Henryk groził, że zabierze mi dzieci przy rozwodzie. Nie, żeby je chciał, tylko, żeby mnie ukarać. Cóż miałby z nimi robić - nie nadawał się nigdy na niańkę i wolał czas spędzać z kuplami albo przed telewizorem, ale był zraniony i wygrażał, że nie dopuści do tego, żeby jego dzieci miały kontakt "z tym facetem". Nastawiał przeciwko mnie swoją matkę, z którą wcześniej dobrze żyłam, a nawet i moją rodzinę, opowiadał znajomym, jaką jestem wyrodną matka; suka, zaniedbuję dzieci, żeby się szlajać i takie inne.. Tak - nie, tak - nie...

Albo patrzyłam na nie, jak się huśtały i przypominałam sobie, jak kilka dni temu Mario rozhuśtał mnie na tej huśtawce, a potem kochaliśmy się szybko i zapamiętale tu na tej ławce, i myślałam o nim, przeważnie myślałam o nim. I o tym, jaki stał się dla mnie ważny. Patrzyłam na moje dzieci i myślałam, że ten mężczyzna, z którym przychodzę w nocy na tę ławkę, kiedy mnie czasem odprowadza, jest dla mnie taki ważny.

Nosiłam wiaderka i łopatki, nakładałam sweterki, wycierałam nosy, obierałam jabłka, ale byłam właściwie gdzie indziej.

Henryk miał rację, zaniedbywałam moje dzieci.

Uważałam, że je kocham. To było dla mnie takie oczywiste, kocha się dzieci a ja moje kochałam od pierwszego krzyku, od kiedy zobaczyłam ich różowe, pomarszczone buzie, a nawet i wcześniej. Nie rozumiałam kobiet, które były sfrustrowane po porodzie, telefonowały długo, opowiadały jakieś głupstwa, że czują się nieważne, i że to wszystko je przerasta. Ja kochałam moje naturalnie i zwyczajnie. Ale dopiero teraz wiem, że kochałam je za mało. Bo jeśli dostało się ten dobry los, wyciągnęło dłuższą słomkę i wszystko jest w porządku, jest się szczęśliwym, to wie się o tym jedynie przez krótką chwilę, a potem się zapomina, i dopiero, kiedy się to straci, rozumie się, że było to coś wielkiego i niezasłużonego, co wypuściło się z rąk, wprawdzie tylko na chwilę, jak ja wtedy tę rączkę Daniela, ale jednak, i ta chwila wystarczyła, i przyszła ta fala, i zmyła wszystko. Wie się dopiero potem.

A wtedy myślałam w kółko o nim. Czy mam prawo? Dlaczego mam prawa? Co wolno w życiu? Ile wolno brać? Wydawało mi się, że chcę tak niewiele. Żeby z kimś być, kto mnie akceptuje. Czekać na kogoś z radosnym niepokojem, znowu cieszyć się dawno zapomnianymi rzeczami; przytulać się pod parasolem w deszczu, kwiaty, dostawać kwiaty. To takie ważne przecież, tak mi się zdawało, dostawać kwiaty. Henryk niczego mi już nie kupował, poza okolicznościowymi, niezbędnymi prezentami, ale i wtedy często mówił, żebym sobie coś od niego kupiła, bo sama wiem najlepiej, czego potrzebuję. Nie wiem, dlaczego tak się porobiło. To jest strasznie skomplikowane, gdy ludzie przestają się kochać.

Może na początku była zazdrość i niedosyt - myślę o nim, o Henryku. Dzieci chorowały, bo małe dzieci zawsze chorują, matki śpią wtedy z dziećmi, to przecież nic takiego. To przychodziło powoli. Może zaczęło się, od kiedy Daniel płakał, często płakał w nocy, może miał złe sny, choć nic nie opowiadał, zresztą nie umiał jeszcze opowiedzieć, taki malutki, kiedy się to zaczęło. Trząsł się, zalany łzami, taka kupka nieszczęścia, trząsł się i wołał mnie, jakże mogłam nie przychodzić? Więc kładłam się wtedy przy nim, wstawiliśmy rozkładany fotel obok dziecięcego łóżeczka, specjalnie dlatego, żeby nie brać go do naszego łóżka, bo Henryk musiał się wyspać, żeby wstać rano do pracy. Brałam go do siebie i często już z nim tam zasypiałam do rana.

I Henryka zacząło to drażnić. Miałam wrażenie, że lubi Daniela mniej, niż Laurę, ona była zresztą bardziej taka "tatusiowa córeczka". I czasem był szorstki w stosunku do chłopca. A on był przecież taki mały! I jakoś tak powoli zaczęło się wszystko psuć. Takie różne rzeczy się mówiło. Zarzuty, no, niby normalne, ale tak było jakoś nieprzyjemnie. - Bo ty rozpieszczasz dzieci. - Ktoś musi je rozpieszczać, jeśli ty je tak źle traktujesz. Bo twój ojciec, bo twoja matka. I tak dalej. Tylko, że część tych rzeczy zostawała, nie wyjaśniona, nie wybaczona. On zrobił się taki jakiś zrzędliwy i agresywny.

Myślę, że był nieszczęśliwy. Nie miałam czasu się tym zajmować, miałam tyle pracy. I w głębi duszy uważałam, że był sam sobie winien. Był na uboczu, bo czekał tylko na dowody uznania a jeśli ich nie znajdował, to było to dla niego dowodem, że jestem przeciwko niemu, i że nastawiam przeciw niemu dzieci. A one jakby trochę zaczęły go omijać, był taki drażliwy. Ty i twoje dzieci, mówił często do mnie. Brzmiało to jak oskarżenie.

Może mogłam jeszcze wtedy coś zrobić, jakoś temu przeciwdziałać. Ale ranił mnie celnie takimi głupimi, drobnymi uwagami, stale krytykował, szukał ciągle potwierdzenie, że jest lepszy, że ma rację. Więc zacinałam się jakoś i jakby przez szybę obserwowałam, jak rozpada się moje małżeństwo. Jak po jednej stronie szyby jestem ja i moje dzieci. Po drugiej on, coraz częściej pijany. A potem skacowany, zły, rozdrażniony, nie cierpiący sprzeciwu, niecierpliwy. I coraz mniej mu wybaczałam, i on coraz bardziej się zacinał. W naszym domu przestało być miło. Kiedyś uderzył Daniela, o nic, o nieposprzątane odpowiednio szybko zabawki. Tylko, że tak brzydko go uderzył. W twarz, i Danielowi krwawiła warga. To było pierwszy raz, kiedy odczułam, że nie chcę już więcej być z tym człowiekiem.

Potem było mu przykro, tłumaczył się, że Daniel nie słucha go zupełnie, bo reaguje głównie na mnie. A ja myślałam sobie, że jest sam sobie winien. Ale nic nie powiedziałam, już mu wtedy nic nie mówiłam.

Jeśli przestanie się kogoś kochać, to jest to strasznie smutne. Powstaje taka pustka. Mało rzeczy ma sens. Niewiele spraw cieszy. Jest wiosna, idziesz przez park , z dziećmi i one paplają tak ładnie, i słońce świeci, wszystko jest świeże i nowe, a ty myślisz tylko o tym, że teraz trzeba pójść do domu, który jest ponurym domem, pełnym zużytych przedmiotów; w którym w ponurej atmosferze padają od lat te same, nieprzyjemne uwagi na te same nieprzyjemne tematy, i wszystko aż krzyczy w tobie i protestuje, ale nie ma żadnego wyjścia. Musisz iść do domu, trzeba ugotować obiad, podać ten obiad i zjeść go wspólnie ale bez przyjemności, a potem pozmywać - pozmywać też po nim, a on będzie czytał gazetę przy jedzeniu, albo włączy telewizor, i jak zwykle będzie strofował dzieci, żeby były cicho, choć przecież dzieci nie potrafią być cicho, bo to są dzieci właśnie i mają prawo do tego, żeby mówić i paplać od rana do wieczora!

Jak ptaki.

Jeśli przestanie się kogoś kochać, to nie ma nic w zamian. Gdy wyrwiesz ząb, pozbawiasz się bólu; jeśli zrobisz błąd uczysz się czegoś.Jeśli ktoś rzuci cię, to zawsze możesz protestować, rozpaczać, opowiadać o tym a potem odnajdywać się na nowo, zapomnieć go i żyć od nowa. Ale jeśli tylko przestaniesz kochać, to jest w tobie taka straszna pustka a nic się nie zmienia. Żyje się rutynowo z tym człowiekiem, patrzy na niego, na jego twarz, którą zna się tak dobrze, a to jest nagle ktoś zupełnie obcy. Siedzisz w pidżamie z obcym człowiekiem przy śniadaniu i wstydzisz się, że patrzysz zimno, jak on przeżuwa, że ma podarte kapcie, że słyszysz, jak spuszcza wodę w ubikacji. Zbyt wiele intymności z obcym człowiekiem żenuje i budzi chęć ucieczki.

I seks z takim nieznajomym, przypadkowy i czasem wymuszony sprawia, że jest jeszcze gorzej. Odczuwasz tylko wstydkliwe zdziwienie. Nie ma już czułości a seks bez czułości jest katastrofą.

Jeśli przestanie się kochać, to prawie wszystko traci sens. Nie planujesz już niczego, a jeśli rozmowa zejdzie na przyszły urlop czy święta, to przechodzi cię dreszcz i myślisz tylko:
"O Boże, mam nadzieję, że nie będzie już żadnego urlopu, żadnych wspólnych świąt" . Nie pożalisz się, jeśli boli cię głowa albo spotkały cię jakieś przykrości, bo nie chcesz żalić się obcemu a on zajmuje ci to miejsce w twoim życiu, które ma się zarezerwowane dla bliskich, którym właśnie można się pożalić, coś opowiedzieć, zaplanować. Nie dzwonisz już do rodziców, bo mogliby odkryć twoje przygnębienie, usłyszeć twoją pustkę, znają cię przecież tak dobrze. Na pytania przyjaciół odpowiadasz: "Dobrze, dzieci zdrowe, to najważniejsze." Nie mówisz nic nikomu. Opowiedzieć można o chorobie, o utracie pracy, zgubieniu portmonetki, nawet o tym, że zostało się zdradzonym, ale czyż ktokolwiek opowiada innym o utracie miłości?

Nikt cię nie okradł, nikt nie zabrał ci niczego ani cię nie skrzywdził, ale jesteś skrzywdzona i okradziona. Wszystko straciło sens, więc straciłaś wszystko.

Na początku nie chcesz uwierzyć, nie nazywasz tego po imieniu. Ale ona jest, ta pustka. Po jakimś czasie nie możesz już jej ignorować. Gdy myślisz o swoim życiu, widzisz je nagle podzielone na dwa okresy - przed i po. To było jeszcze wtedy, kiedy go kochałam. Teraz jest po. Nie wiesz dokładnie, od kiedy. Nie rozumiesz tego i nie chcesz zrozumieć. Próbujesz zrzucić z siebie winę i znajdujesz w przeszłości te punkty, które mogły być rozstrzygające. To mogło zdarzyć się wtedy, kiedy on nie umył zębów, zanim przyszedł do łóżka. Lub, gdy czułaś w ustach jego pastę do zębów. Zapomniał o rocznicy ślubu. Zapomniał, że nie słodzę herbaty. Pamiętał, że nie miałam tej spódnicy. Pamięta zawsze. Jak można zawsze o wszystkim pamiętać? Oskarżenie nie brzmi przekonywująco. Kłamiesz i czujesz się podle.

I czujesz w sobie powoli narastającą ciemność. Jeszcze wczoraj twoje serce było czyste, miałaś zasady; pewnych rzeczy się nie robi, pewnych słów nie wolno nigdy powiedzieć, nie należy innych ranić niepotrzebnie. Jeszcze wczoraj. Ale dziś mówisz te słowa, mówią się same i gładko. W pewnym momencie, stawiając na stół talerz, zauważasz, że jest lekko brudny i myślisz z zimną zaciętością, że dobrze mu tak. Niech sobie umyje, albo je na brudnym. Na chwilę ogarnia cię przerażenie i łapiesz się na tym, że dziś nie obowiązują już żadne reguły gry. Dokąd można dojść w bezmiłości?

Bo ".. gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,
a ciało wystawił na spalenie,
lecz miłości bym nie miał,
nic bym nie zyskał.

To z Hymnu o miłości Świętego Pawła, ksiądz czytał to na naszym ślubie.

... gdybym miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką możliwą wiarę,
tak iżbym góry przenosił,
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym. "

I jeszcze:

"Miłość nigdy nie ustaje,
jak proroctwa,
które się skończą,
albo jak dar języków,
który zniknie,
lub jak wiedza,
której zabraknie."

Dlaczego skończyła się więc moja miłość?


Nie znajdujesz tego punktu, w którym straciłaś miłość. Co nie zmienia faktu, że już jej nie ma i czasami myślisz, że może nie było jej nigdy. Ale to nie przynosi pocieszenia, czujesz się tylko gorzej, bo to znaczyłoby, że straciłaś ją od początku.

Tracąc miłość tracisz część swojego życia. Tracisz część siebie.

To wstydliwa rzecz, o tym nikomu się nie mówi, bo choć zaskoczyło cię to i dotknęło, to jakoś czujesz swoją winę, jakby chodziło o zaniechanie czegoś, o nieudzielenie pomocy. Ponosisz karę, jest ci źle, brakuje ci czegoś i masz nieczyste sumienie, ale czujesz, że to kara właśnie i dlatego milczysz wstydliwie, i nie żalisz się nikomu.

Wszystko jest nagle szare i smutne. Wszędzie słychać smutną muzykę, chorują ludzie, przeważnie jest zła pogoda, a jeśli nie, to tym bardziej ci smutno, bo gdy jest pięknie, samotność jest bardziej dotkliwa. Rano trudno ci się zmusić, żeby wstać, najprostsze czynności sprawiają trudność. To jest jak depresja, która przychodzi, bo utraciło się kogoś, a nie można było nawet po nim płakać.

Na początku unikasz kontaktu z ludźmi, pogrążasz się w drobnych, niekończących się czynnościach, sprzątasz piwnicę, porządkujesz szafy, odwiedzasz dentystę. Próbujesz uchwycić swoje życie w jakieś ramy. Tłumisz w sobie wszelkie uczucia, bo zabraniasz sobie emocji, za karę właśnie. Starasz się nie odczuwać nienawiści, choć jesteś od niej tak blisko. Robisz uniki. Opuszczasz wspólne łóżko, znajdujesz sobie jakieś hobby lub wracasz do pracy. Normalnie.

Moja praca nie była zbyt ambitna, ale brakowało mi jej, gdy urodziłam dzieci i zostałam w domu. Gdy Daniel skończył trzy lata i właśnie miał pójść do przedszkola, do którego chodziła już Laura, dostałam szansę powrotu na pół etatu do biblioteki, w której wcześniej pracowałam. To mnie uratowało, inaczej pewnie pogrążyłabym się w depresji. Wtedy po raz pierwszy ostro sprzeciwiłam się Henrykowi, któremu się to nie podobało. Ale to była moja decyzja i nie ustąpiłam, chociaż się wściekał i nie rozmawiał ze mną chyba ze dwa tygodnie. Nie wiem, dlaczego tak ostro zareagował, pewnie czuł, że wymykam mu się całkowicie spod kontroli. Jego argumenty, że dzieci będą zaniedbane, były po prostu śmieszne - obydwoje w przedszkolu, a poza tym w pobliżu były jeszcze obie babcie, które w razie potrzeby mogły pomóc.

Ale dzieci były zaniedbane. Zaniedbywaliśmy je obydwoje - Henryk, w swoim opuszczeniu i złości, i ja, kiedy poznałam Mariana i myślałam już tylko o nim.

Nadal miały zawsze w porę ugotowany obiad. Codziennie spacer, czytanie bajek, do łóżka o tej samej porze, punktualnie szczepienia i uroczyście wyprawiane urodziny. To, co trzeba właśnie. Tylko, że nie stanowiły już centrum naszego świata.

Ale nigdy, nigdy nie pomyślałam nawet przelotnie, żeby je oddać jemu. Zostawić je. Nie - nawet wtedy, kiedy ciągnęło mnie do Maria każdej nocy, a Henryk się wściekał i groził, kiedy czułam, że się duszę w tej klatce, i że nie mogę już na Henryka patrzeć a Mario proponował mi, żebyśmy wyjechali, gdzieś bardzo daleko, i zaczęli całkiem nowe życie - nie, nawet wtedy, nawet przez chwilę. Wiedziałam, że będę musiała wreszcie podjąć decyzję i złożyć pozew o rozwód, ale jeśli przegram dzieci przy rozwodzie, to ukradnę je chyba po prostu, jak jedna kobieta, o której czytałam, i która w ukryciu żyła już z małymi dziećmi od kilku lat. Płakałam wtedy, czytając ten artykuł i myślałam o niej często, i życzyłam jej jak najlepiej. To było straszne życie, w każdej chwili mogło się skończyć złapaniem ich i odebraniem jej dzieci, ale jakoś udawało jej się przez kilka lat , miała dużo szczęścia, może więcej matek modliło się za nią. Więc myślałam, że w razie czego uciekniemy. Ale nie mogłabym ich zostawić - nie, nigdy.

Ile szczęścia jest dozwolone? Jaka jest ta miara, którą się dostaje i trzeba ją smakować powoli, i cieszyć się nią, i nie żądać niczego więcej? Kiedy urywa się ucho od tego bezwstydnie przepełnionego dzbana?

Wtedy myślałam, że nie ma takiej granicy. Człowiek urodzony jest do szczęścia, nawet Bóg we wszystkich religiach chce, żeby ludzie byli szczęśliwi. Jeśli odczuwasz ten dreszcz przy spotkaniu kogoś, kogo jeszcze wczoraj nie było w twoim życiu, lub był, ale nie zauważony, a dzisiaj otacza go tajemnicza aura, patrzysz w jego oczy i widzisz, jak błyszczą, twoje źrenice rozszerzają się, oddychasz głębiej, żeby wciągnąć w nozdrza jego zapach, śmiejesz się za dużo, liczysz godziny od przypadkowego spotkania, planujesz przypadkowe spotkania, i znika bezpowrotnie twoja apatia - to masz wrażenie, że to jest coś boskiego, bo jest takie ożywiające, znowu żyjesz pełną piersią, znowu odnajdujesz w sobie dobre uczucia i dostrzegasz te wszystkie małe, cudowne szczegóły. Wtedy myślisz, że masz prawo.

Ale nie masz prawa. I czujesz to w głębi duszy lecz tłumisz to uczucie. Śmiejesz się teraz często i żyjesz szybko, nagle w jednym dniu jesteś w stanie zmieścić tyle spraw, dawniej potrzebowałaś tygodni, żeby pozałatwiać różne wizyty, terminy lekarskie, kursy języka, rzeczy do pralni, zaległe telefony. Zaczynasz utrzymywać kontakty z ludźmi, których adresy znajdujesz w starych notatnikach, odwiedzasz nawet zapomniane ciotki. Starasz się wywiązać ze wszystkiego, chcesz być dobra. Mówisz dużo o sobie i nie dopuszczasz do pytań. Wszystko idzie tak gładko. Organizujesz swój czas doskonale, teraz potrafisz poprosić o pomoc matkę i przyjaciółki, potrzebna ci jest ich pomoc, bo musisz mieć czas dla siebie, dla swoich kursów języka, indywidualnego rozwoju, terapii, relaxu. Wszystko zorganizowane jest perfekcyjnie i uczysz się sterować przypadkiem. Mówisz dzieciom ciągle, że je kochasz, ale coraz rzadziej odpowiadasz na ich pytania. Do twoich warg przylepiony jest uśmiech ale twój wzrok nie zatrzymuje się na tych, z którymi rozmawiasz. Jesteś ciągle gdzie indziej. Nie zatrzymujesz się ani na chwilę, bo wtedy musiałabyś usłyszeć ten niepokój swojego serca, odcyfrować sny, które rano spychasz jak najdalej w niepamięć, odczytać znaki zbliżającej się katastrofy.

A ona zapowiada się powoli lecz wyraźnie; ktoś stłucze szklankę, ściskając ją mocno w ręce, ktoś budzi się ze snu, siadając nagle z przerażeniem na łóżku, z czołem oblanym potem i próbując zinterpretować bezsensowne ostatnie słowa snu, na progu leży martwa mysz - ach, to nic, przyniosła ją kotka, ale kotka ginie w poniedziałek pod samochodem a we wtorek sąsiad ma wypadek, w Azji straszne trzęsienie ziemi, w kwietniu umiera babcia, pęka opona, gdy jedziesz na jej pogrzeb, jesteś o włos od wypadku, ach, to życie teraz takie niebezpieczne. Okres urlopowy, spadają samoloty, to dobrze, że nie polecieliśmy do Egiptu, to takie straszne, z tymi terrorystami. Zawsze o włos. Zawsze dalej, choć na wyciągnięcie ręki.. Aż dotknie cię i odtąd nie ma już ucieczki.

To jest rysunek Laury.

( Wyciąga i pokazuje duży, kolorowy rysunek dziecięcy.)

- Laura była takim pogodnym dzieckiem a jej rysunki były zawsze pełne kolorów. Rysowała ptaki i kwiaty, jej świat był piękny. To też jest piękny rysunek, ale niech pani zwróci uwagę na to słońce w prawym dolnym rogu. Dlaczego słońce leży na ziemi? Zawsze rysowała je tam, dokąd ono należało, w niebie. Dlaczego spadło słońce Laury na kilka dni przed tym...?

A może to leżące na ziemi słońce to ja? Prawy dolny róg w rysunkach dziecięcych zarezerwowany jest dla postaci matki. To słońce, krzywe trochę i na ziemi, czy to ja spadłam, przestałam świecić i ogrzewać moje dziecko?

Czy ona tylko przeczuła, jak zwierzątko, to nadchodzące i straszne, tę katastrofę, ten koniec świata?

Laura czuła to i bała się, pytała mnie często, czy ją kocham i śledziła mnie przeciągle swoimi spokojnymi, dużymi oczami, nie spuszczała ze mnie wzroku, Przychodziła do mnie do łazienki, patrzyła, jak się maluję przed wyjściem na spotkanie z nim, nie pytała, dokąd wychodzę. Pytała tylko, kiedy wrócę. Czy jak się obudzi, to już będę w domu. I ja zapewniałam ją, że tak, i że, gdy wrócę, wejdę do ich pokoju i pocałuję ją. I że przypomnę tatusiowi, żeby zostawił szparkę w drzwiach. Laura bała się ciemności.

A ja wychodziłam w tę ciemność, lekka i radosna, czekałam, aż zapadnie wieczór, gdy one wreszcie zasną i kiedy będę mogła się uwolnić. Kiedy będą mogła wyjść, żeby żyć moim nowym, prawdziwym życiem.

Wychodziłam tylko wieczorem, dzieliłam moje życie na dwie części. Wypełniałam wszystkie moje obowiązki i wychodziłam, zostawiając dzieci dopiero, gdy usnęły, lub gdy Henryk wracał wyjątkowo wcześniej do domu, albo, gdy mama zabierała je do siebie. Nie zostawiałam ich nigdy w dzień bez opieki. Miałam czyste sumienie. Wychodząc nie patrzyłam w oczy Henryka. Miał brzydkie, ciągle przekrwione oczy i patrzył na mnie z nienawiścią. Było mi to już obojętne.

Nie powinnam wtedy wyjść do Maria, w dzień, czego do tej pory nie robiłam, i zostawić je ze skacowanym Henrykiem, który poprzedniej nocy zrobił po pijanemu straszną awanturę. Ale chciałam wyjść, żeby się z nim pożegnać, kochać się z nim po raz ostatni przed jego wyjazdem, musiałam go mieć, musiałam go spotkać i zostawiłam moje dzieci, i mój instynkt nic mi nie powiedział, nie ostrzegł mnie, lub ja nie chciałam go usłyszeć.

I potem, kiedy zasnęłam u niego, dlaczego mogłam tak spokojnie spać?

Gdzie była wtedy moja miłość?

Moja miłość musiała leżeć wtedy na podłodze obok łóżka, razem z kluczykami od samochodu i portfelem, w którym nosiłam ich stare zdjęcie z przedszkola, to na którym tak ładnie się obejmują. Razem z tą zieloną bluzką, na której Daniel zrobił mi plamę buzią ubrudzoną jagodami, ale to była malutka plama i pod pachą, i nic nie było widać, więc nie zmieniałam tej bluzki, bo już bardzo się spieszyłam. Tam była moja miłość, gdy przyszła na nie ta straszna próba! A może moja miłość spała razem ze mną, pod prześcieradłem cienkim, bo było gorące południe, a ja zdrzemnęłam się wtedy na chwilę, po tym, jak się kochaliśmy, bo wstałam wcześnie rano a w nocy jeszcze kłóciliśmy się z Henrykiem gdy wróciłam.. Ale chyba nie, chyba leżała gdzieś na podłodze, wśród rozrzuconej bielizny i obok popielniczki z petami, bo gdyby była wtedy ze mną, to przecież musiałaby mnie obudzić ta moja miłość, potrząsnąć mną, krzyczeć. Przecież nie mogłabym wtedy po prostu tak spokojnie spać!

Zasnęłam tak ciężko i nic mi się nie śniło, pustka. Jakbym wpadła do studni. Sen po miłości jest czasem taki.. oczyszczający. I czułam się wypoczęta, nie spałam długo, nie, może ze czterdzieści minut, ale jakbym odespała te wszystkie zarwane noce, kiedy biłam się do rana z myślami. I nic mi się nie śniło, nie wołały mnie, nie byłam przy nich.

A miewałam przecież często sny, że gdzieś mi giną, takie koszmary, że aż zrywałam się w środku nocy, bo Daniela porywała fala; byliśmy na plaży i bawiliśmy się , skakaliśmy na falach i nagle jego już nie było, zniknął, bo ja tylko na chwilę puściłam jego rączkę, żeby złapać piłeczkę, która uciekała. To zdarzyło się naprawdę, jak byliśmy na urlopie nad morzem, i nie mogłam tego zapomnieć, choć wtedy trwało to tylko kilka sekund, zanim jego główka pokazała się w wodzie parę metrów ode mnie. Kilka przerażających sekund. I to potem często mi się śniło, albo, że je wołam i nic. Albo, że Laura jest chora, jak była chora, i przychodzi lekarz do domu, bo ona ma gorączkę i mówi jakimś dziwnym głosem, że teraz już jej nic nie zaszkodzi, że już wszystko jest dobrze, ale to "dobrze" jest jakieś takie straszne i ja wiem, że to nieprawda. Takie miałam okropne te sny.

Ale wtedy nie. I obudziłam siię. Byłam spokojna, dziwnie spokojna, bo przecież nie powinnam być spokojna, bo tam za chwilę miały umrzeć moje dzieci, a tu ja ciągle nie znalazłam tej odpowiedzi, której szukałam od tak dawna: jak dalej? Więc dlaczego byłam taka spokojna?

I dlaczego byłam taka spokojna, jeśli przed tym, zanim się kochaliśmy, kłóciliśmy się, i on krzyczał, pierwszy raz krzyczał na mnie, i drżał cały, nigdy go przedtem nie widziałam w takim stanie, bo był przecież łagodnym, spokojnym człowiekiem?

- Tak długo czekałem, dałem ci tyle czasu a ty nie umiesz podjąć decyzji, zawsze tylko " daj mi jeszcze tydzień", " muszę się dobrze zastanowić", " adwokatka nie miała wolnego terminu", no pewnie, że nie miała wolnego terminu, jeśli dzwonisz tuż przed jej urlopem, " nie mogę opuścić moich dzieci" - a mnie możesz opuścić, opuszczasz mnie każdej nocy, jak długo można znosić sytuację nie do zniesienia, nie chcę, żeby on cię gwałcił, nie tylko ty masz uczucia, czy chcesz, żeby to skończyło się tragicznie, czy mam go zabić, żebyś zrozumiała, że cię kocham?

- Nie było go, kiedy się obudziłam. Byłam sama, sama ze sobą i ze swoją decyzją. Zostawił mi kartkę na stole.

Musiał wyjść, szedł na drugą zmianę, ale z drugiej strony ta kartka...

Wtedy, kiedy on tak drżał i krzyczał, ja nie mogłam tego znieść i cierpiałam razem z nim, bo był jak dziecko, jak moje dziecko, które potrzebuje pomocy, i chociaż mnie oskarżał, to widziałam jedynie jego chłopięcą, pełną płaczu twarz, i wzięłam go w ramiona, i trzymałam bardzo mocno, kołysząc się razem z nim lekko, długo go tak trzymałam, choć początkowo się opierał i był taki zdrętwiały, ale potem, powoli, zaczął kołysać się razem ze mną, tak pocieszaliśmy się nawzajem, bo moje oczy były mokre od łez, tak trzymaliśmy się długo w ramionach, a potem kochaliśmy się rozpaczliwie i półprzytomnie, i to było jednocześnie straszne i dobre, mieliśmy oboje łzy w oczach i patrzyliśmy sobie w te oczy pełne łez do końca, do samego końca.

I to był ostatni raz, jak się kochaliśmy.

Ta kartka..Nic takiego. Napisał: " Pamiętaj, że już nie mogę dłużej!"

I gdy wstałam i zaczęłam się ubierać, jeszcze cała mokra od niego i ciepła od snu, spokojna, to zobaczyłam tę kartkę i coś ścisnęło mi gardło, bo wiedziałam, że to wszystko znów zaczyna mnie dusić, że nic jeszcze nie jest rozwiązane i że nie mam już czasu, nie mam już czasu...

A może już wtedy coś zaczęłam przeczuwać, bo jakżebym mogła, tak nic, do samego końca?

Ale gdy wysiadłam z samochodu i spotkałam Henryka, samego, i zobaczyłam jego twarz, to wtedy wiedziałam od razu; straszliwe przeczucie zdławiło mi gardło a moje serce tłukło się, nagle moje serce wiedziało wszystko.

Ale jeszcze starałam się nie uwierzyć, zaklinałam to straszne, jak małe dziecko: nie, to nieprawda, tylko nie to, to najgorsze, mogłeś mnie dopaść w inny sposób, ale nie to, błagam! Dygotałam wkładając kluczyki ale jakoś znalazłam się na tym placu zabaw.

Daniel leżał w piaskownicy, buzią częściowo w piasku.

Podniosłam go i próbowałam mu oczyścić tę lekko otwartą buzię.

Laurę zobaczyłam później, leżała w krzakach.

"Bogu dzięki, Bogu dzięki", myślałam, bo miała majteczki, normalnie.

Bo Laura chodziła sikać w te krzaki, gdy była dłużej na placu zabaw i nie chciało jej się iść do domu.

Rozumie pani? Myślałam :" Bogu dzięki", w takiej chcwili myślałam o takich rzeczach?

A przecież zdarza się, często się zdarza, że małe dziewczynki chociaż zostaną zgwałcone - często przez tatusiów nawet albo dziadków; tak często gwałci się małe dziewczynki - więc że one potem, po jakiejś terapii, zapominają całkowicie o tym, i nie dręczą ich koszmary, i żyją te dziewczynki normalnie, dorastają i robią maturę, i prawo jazdy, wychodzą za mąż, i kochają mężczyzn, i mają same dzieci, i żyją, żyją po prostu!

Te dziewczynki.

Zarzucano mi potem, że nie wezwałam pogotowia, nie zawiozłam ich do szpitala, nie próbowałam ratować. Tak, gdy o tym myślę teraz, wszystko się we mnie kurczy i nie pojmę tego nigdy, bo nawet, jeśli był tylko jeden procent szansy, że one, któreś z nich, że jeszcze można było jakoś.... Ale wtedy wiedziałam, wiedziałam, że jest za późno, bo one, choć wyglądały, jakby spały, nie żyły tak wyraźnie, jak tylko dzieci mogą nie żyć. Wy wszyscy macie żywe dzieci, to wiecie, jak to jest, że one są żywe stale, nawet jak śpią, nawet, kiedy są takie maleńkie, po urodzeniu, gdy matka budzi się ciągle i nasłuchuje, czy to małe, niepojęte życie jeszcze trwa. Kiedy nie słychać prawie ich oddechów, ale jednak je słychać, jakoś w sercu je słychać, i wiemy, że one żyją, nasze dzieci...

A moje dzieci były martwe, tak strasznie nieżywe, że nie miałam żadnej nadziei.

I wzięłam je na ręce i przeniosłam do samochodu.

Najpierw Laurę, żeby ją z tych krzaków..

Potem Daniela.

I to wszystko. Miałam je wtedy po raz ostatni przy sobie.

W aktach napisali, że jeździłam z nimi przez trzy godziny i siedemnaście minut. Najpierw jeździłam w kółko, bez sensu, potem chciałam je położyć w pobliskim lesie, do którego jeździliśmy czasem na spacery i robiliśmy tam pikniki. Wyjęłam je z samochodu i położyłam na polance, i siedziałam przy nich długo. Chciałam je tam zostawić. Ale nie mogłam.

Zapyta pani - jak to? Jak mogłam chcieć zostawić moje dzieci? Jak mogłam w ogóle o tym pomyśleć?

Na to nie ma żadnego wytłumaczenia.

Mój adwokat mówił - szok. Ale wszystkie matki, którym umierają dzieci, są w szoku, i żadna z nich nie porzuca swojego dziecka, żadna. Nawet zwierzęta... Pokazywano kiedyś małpkę, która swoje martwe małpiątko nosiła cały dzień w ramionach i nie pozwalała sobie odebrać.

Tylko ja....

Czytałam, w takim artykule naukowym. ...Bo miałam przez te wszystkie lata dużo czasu na czytanie i myślenie. Więc jakiś profesor odkrył tę brakującą gałązkę ewolucji, która zrobiła z nas istoty ludzkie. I to była miłość matek. Zaczęło się, gdy jakiś gatunek małp z przyczyn bliżej nieznanych zaczął rodzić się z większym mózgiem, ale słabo owłosiony, bo i mózg i i skóra tworzą się u embriona z tego samego płatka zarodka. Ten gatunek był skazany na zagładę, bo żeby przeżyć, małpiątka potrzebują gęstego futra matki, w które mogą się wczepić i wtulić, i wtedy są bezpieczne.

A matki - małpy nie mogły już chronić się na drzewa, bo z dołu niepokoił je płacz ich porzuconych dzieci. I tak powoli musiały rozwinąć inne zdolności - stawały prosto i rozglądały się, żeby z daleka zobaczyć wroga, nauczyły się nosić swoje dzieci i trzymać je za rękę. Ludzka miłość powstała, gdy utraciliśmy futro - taki był tytuł tego artykułu.

I nie opuszczały dzieci nigdy na długo, te matki. Były zawsze w pobliżu i były czujne, stale nasłuchiwały i rozglądały się, i uspokajały swoje małe dźwiękami, które miały sygnalizować, że są niedaleko, i że czuwają; że wszystko jest w porządku. A to prowadziło do rozwoju komunikacji między matką a dzieckiem, i stało się fundamentem najważniejszej rzeczy w ludzkim rozwoju - zdolności do zaufania.

I tylko ja - nie....

Nikt mi nie wierzył, kiedy mówiłam, że żal mi było Henryka. Ja już teraz sama w to czasem nie wierzę. Bo najpierw myślałam, że on je zabił. Ale myślałam też, że to ja je zabiłam, jego rękami. Że doprowadziłam go do tej strasznej desperacji, robiąc co chciałam i nie licząc się z nim już w ogóle, gdy nie patrzyłam na niego wychodząc z domu, gdy nie chciałam z nim rozmawiać, wracałam nad ranem, a on tylko czekał i czekał, i wariował od tego, aż oszalał naprawdę. Więc myślałam, że to ja...

Ale może rzeczywiście wtedy kłamałam. Może to nie był żal, tylko wstyd, straszny wstyd, że to się stało i że ja jestem za to odpowiedzialna. I strach, że do końca mojego życia będzie ciążyć na mnie to oskarżenie. Ale nie tylko na mnie i na Henryku. Jeszcze będzie ciążyć ta straszna wina na nim, na Marianie, a on przecież nic nie był winien temu, że nie umiałam normalnie zakończyć mojego małżeństwa, że zaszczuliśmy się nawzajem i znienawidzili z Henrykiem. Więc może też i Maria chciałam chronić wtedy, może i tę moją miłość.

I kiedy tak jeździłam w koło z moimi zabitymi dziećmi , moje myśli też wirowały i nie wiedziałam co robię, co mam zrobić. Myślałam wprawdzie jakoś, jakbym to nie ja była, tylko jakiś głos we mnie: trzeba je wywieść gdzieś, żeby było podejrzenie na obcego, bo tylko obcy mógł to zrobić, coś tak straszliwego, tego nie mógł zrobić nigdy nikt, kto kiedykolwiek kochał dziecko. Więc obcy, więc trzeba gdzieś daleko, żeby już nikt nie miał wątpliwości, że to obcy.

Ale potem w śledztwie i tak wykluczono możliwość, że to był obcy. Obcy nie morduje bez przyczyny. I morduje brutalnie - a one zostały zabite delikatnie. Jedno po drugim, najpierw Laura, w krzakach. Daniel nic nie wiedział. A potem on. Delikatną ręką, pisali.

Zabiliśmy je my. Jakkolwiek by na to nie patrzeć - my. Zabiliśmy najpierw naszą miłość, a potem dzieci, w zastępstwie nas samych. Ktoś tak nawet napisał. To co - za mnie musiała umrzeć Laura? A Daniel - taki maleńki - za Henryka?

Zabiłam moje dzieci. Winna. Winna na zawsze.

Czy wie pani, jak w więzieniu traktuje się dzieciobójczynie?

Nie, nikt mi nic nie zrobił. Nie było nic brutalnego. Tyle, że przez pierwsze lata nikt nie chciał mieć ze mną nic do czynienia. Patrzono na mnie jak na ścianę. Omijano mnie, jak kamień. Dzieciobójstwo jest czymś, co nie mieści sią ludziom w głowie. Krzywda wyrządzona dziecku zabija dziecko w samych ludziach, i odsuwają się z przerażeniem i wstrętem.

Przez kilka lat. Aż się do mnie, dzieciobójczyni, przyzwyczaiły, jak do ściany, jak do kamienia na drodze. I rozmawiałyśmy, przy pracy w pralni, albo w kantynie. Zawsze o niczym.

Rozmawiałam dużo z dziennikarzami. Za dużo. Ale czy można się dziwić? Człowiek musi przecież coś czasem komuś opowiedzieć, bo inaczej - to jakby go nie było. Jakby nie żył, ten człowiek. A ja przecież jeszcze żyłam.

Rozwiedliśmy się z Henrykiem. On złożył pozew o rozwód zaraz, jeszcze w czasie śledztwa.

Mario nie pisał do mnie. Odsunął się, już w pierwszym dniu procesu nie patrzył mi w oczy. Tak będzie lepiej dla nas, napisał, w jedynym liście. Dla nas? Lepiej? Do dziś nie wiem, co miał na myśli.



Przez chwilę myślałam...To było, gdy Henryk wyparł się wszystkiego, i gdy okazało się, że miał alibi – poszedł na chwilę na piwo z kolegą, zostawiając je same na tym placu zabaw, i ten kolega to potwierdził - więc miał alibi – i wtedy zostawał już tylko on, Marian.

Choć to był dobry bardzo człowiek, Mario.

Był prawy, on najmniej z nas mógł znieść taką nieczystą sytuację. I był młody, młodszy ode mnie. Więc jeszcze wierzył, że wszystko da się rozwiązać i naprawić.

Ale wtedy, przez jedną chwilę, małą chwilę, myślałam, że to może jednak on. Bo stanął mi w oczach taki film, który oglądałam o lwach, o ich życiu i o zwyczajach w stadzie. Jak młode lwy krążą w pobliżu i starają się przepędzić tego starego, jak walczą z nim czasem i zostają przeganiane, tak długo, jak on ma siłę, ten stary przywódca. Aż któregoś dnia wygrywa młody lew, i stary ucieka lub zostaje zabity, i ten młody obejmuje teraz władzę, i parzy się ze wszystkimi lwicami. I wie pani, co on robi zaraz na początku, ten nowy przywódca stada? Zabija wszystkie lwiątka, żeby już nic nie zostało po tym poprzednim. I żeby samice znowu mogły mieć ruję, bo dopóki karmią, jest to niemożliwe. A te matki, one patrzą na to i płaczą, ale dopuszczają do tego.



Pozwalają zabić swoje dzieci, te matki.



Więc znowu ja. Ja i na zawsze winna, i nic mnie już nigdy od tego nie uwolni.



Bo ja dostałam dożywocie. I proszę pani, chociaż już jestem wolna i mogę sobie iść, gdzie chcę, to przecież dostałam dożywocie. Ono skończyło się formalnie po piętnastu latach, ale ja nie zostanę nigdy uwolniona. Dopóki żyję.

W śledztwie sprawdzano naturalnie alibi Mariana. I on oczywiście był wtedy w pracy, na tej drugiej zmianie.

Więc pozostałam tylko ja.


A Henryk wtedy zawiadamił policję, i znaleziono mnie, gdy siedziałam z dziećmi w lesie, bo szukano nas już w całym mieście, bo on powiedział, że to ja zabiłam nasze dzieci.



I uwierzono mu, i oderwano mnie od nich, i już ich więcej nie widziałam.



I to jest cała historia. Ja już ją przecież tyle razy opowiadałam. Może dziennikarze mi wierzyli, a może nie, może tylko chcieli mieć ciekawsze story.

Dziś to nikogo już nie obchodzi. Tylko panią. Ale cóż ja pani mam powiedzieć? Jestem winna, winna na wieki, i Bóg mnie osądzi.. Wie pani, co oznacza imię Daniel? To z hebrajskiego, i oznacza: Bóg sądzi.

Wtedy, gdy go urodziłam, i gdy mi się to imię podobało, nie wiedziałam, co oznacza. Gdy był taki maleńki i niczego nie przeczuwał. I ja wtedy też nie przeczułam, tej katastrofy.


Bóg mnie osądzi, bo ludzie nie potrafią. Bo żeby osądzić, trzeba rozumieć, a ludzie nie potrafią zrozumieć. Ludzie chcą tylko prawdy, a cóż to jest w końcu prawda?


Czy prawda to jest wynik śledztwa, to, co pisali w gazetach? Wyrok? Jaka jest prawda Henryka? Jak on z tą prawdą może teraz żyć?


A pani prawda, jaka jest pani prawda?


Jak mam ja żyć dalej, z moją prawdą? Czyim ja życiem mam żyć dalej?


Bo czy ja je zabiłam czy nie, to i tak jestem winna, rozumie pani? Na zawsze jestem winna, i z tego mnie żaden sąd nie uwolni i żaden wyrok nie wyzwoli; bo czy ja je tymi rękami zabiłam, udusiłam na śmierć, aż charczały i buzie takie czerwone, i zabrałam im ten oddech na zawsze, aż musiały się poddać, aż przestały się szarpać, tak zwiędły, aż zasnęły - więc czy ja je tymi rękami - czy tylko ich nie obroniłam, nie pomogłam, nie było mnie, kiedy one tak walczyły, tak samotnie walczyły - gdzie byłam ja, matka, wtedy, ze swoją miłością?



( Krzyczy: )


-Gdzie była wtedy moja miłość?


I zostawiłam te moje dzieci, i poszłam, daleko poszłam, żeby nie słyszeć tych dźwięków, które wydawały ze strachem, samotne, poza gniazdem, nasłuchując z takim zaufaniem, że ja odpowiem, że muszę być w pobliżu.

Ale mnie nie było.


I nie dziwię się, że mnie skazano. W dawnach czasach dzieciobójczynie były kamieniowane.

A tu tylko – zabić sukę, i te napisy na domu moich rodziców. Bo ludzie muszą się jakoś rozliczyć, sami ze sobą, gdy spotkają się z taką straszną zbrodnią. Muszą sobie powiedzieć – nie, ja bym tego nigdy...Odciąć się od zła. Zabić żmiję. Ukamieniować.


A ja, proszę pani, chociaż jestem winna, a może właśnie dlatego - rzucam ten pierwszy kamień.

( Wychodzi)


KONIEC
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
6,439,207 Unikalnych wizyt