Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

Anna Stolarczyk
Wakacyjne pocztówki
Bogdan Zdanowicz
Marek Przybyła i jeg...
Nauczyciele są ważni
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

Maciej Bylczyński - „Przekleństwo płodności” (fragment)
Maciej Bylczyński - ur. w 1975 r. w Bydgoszczy, pracuje na Uniwersytecie Śląskim, mieszka w Sosnowcu. W 2009 r. wydał powieść "Kolej na los", jest także autorem nie wydanych dotąd dwóch powieści "Przekleństwo płodności" i "Wygnańcy Ewy".



TWÓRCZOŚĆ:




"Przekleństwo płodności" (fragment)


Agnieszka kręciła się gdzieś tam po orbicie muzyków, przyjaciół Roberta. Chyba zawsze chciałam ją poznać. Czasami specjalnie spotykałam się z Robertem, bo wiedziałam, że on przyjdzie z nią. Albo po prostu czułam, że tam będzie. Lubiłam na nią patrzeć. Kiedy padał deszcz rezygnowała z żakietu na rzecz prostych dżinsów. Latem przychodziła często do pubu w takich seksownych, białych spodniach z wychylającą się na biodrach koronkową linią białych stringów. Rozbierałam ją wzrokiem. Oczami wyobraźni widziałam jej skąpe, kuszące stringi. Z tyłu tylko niewielka, kwiatowa gipiura. Z przodu gładka, elastyczna dzianina. Brzegi z frywolną falbanką… Do tego pewnie tiulowa, półprzeźroczysta bardotka. A może zniewalające body z ażurowej siateczki. Sznurowane na plecach. Idealne dla kobiety, która lubi prowokować…
Agnieszka była bardzo kobieca, i choć byłam prawie pewna, że może być hetero, nie potrafiłam oderwać od niej oczu. Sama nie jestem dostatecznie zadbaną kobietą, aby podobać się mężczyznom (no i bogu dzięki nie muszę). Dla mnie te wszystkie zabiegi pielęgnacyjne to po prostu matrix jakiś. Ale widać było, że dla Agnes są one nie tylko spełnieniem jej kobiecości, ale też i groźną bronią.
Serce waliło mi jak młot, gdy wreszcie zdobyłam się na zagajenie o jej telefon. Coś bełkotałam, że prowadzę teraz takie zajęcia z muzykoterapii. Że słyszałam, że muzyka klasyczna, a zwłaszcza smyczkowa, Schuberta, Szumana, Casalsa… Wiłam się jak idiotka. Ona najpierw machnęła tylko ręką. Gra teraz tylko muzykę współczesną. Przygotowuje się do dużego tournee. Dopiero wtedy zobaczyłam, że była nieźle wcięta. Gdyby nie to… Ale udało się.
Wypiłam na stojąco dwa kieliszki wina i wystukałam numer Agnieszki Weber.

Czekałam przed wejściem do „Stradivariego”. To duża knajpa i nie chciałam, by mnie w niej szukała. Wysiadła z takiego śmiesznego, czarnego autka w klasycznym stylu. Nowoczesnego, ale jakby z lat dwudziestych, trzydziestych. Pomyślałam, że wygląda trochę jak jej czarny futerał na skrzypce. Mimo, że świeciło mocne słońce było raczej chłodno. Zauważyłam jednak, że Agnieszka jest w okularach przeciwsłonecznych. Wyglądała w nich bardzo seksownie. Spojrzałam z niechęcią po sobie. Jak ja wyglądałam przy niej! Przecież to było do przewidzenia, że odstrzeli się w super ciuchy. Świetnie dobrane kolorystycznie co do jednego detalu. Właściwie to ona się nie odstrzela. To dla niej lajfstajl. A codzienność pokolenia tysiąc pięćset brutto jest nieco inna. Nie da się ukryć. Zobaczyła mnie: krótkie, mysie włoski, ścięte na chłopaka, polarowa, niebieskawa kurtka i trochę jaśniejsze od niej dżinsy. Byłam jak szaroniebieska plama przy krawężniku. Ale zobaczyła mnie jakoś. I zamachała. Odmachałam niepewnie. Ostro zastukała do mnie obcasami wysokich, czarno lakierowanych kozaczków. Okulary powiększały optycznie jej twarz, i na tyle przykuwały uwagę, że właściwie widziałam tylko głęboki kasztan jej długich, lekko kręconych włosów. Ślicznie wykrojone, i jakoś tak namiętnie wilgotne, pełne usta, i właśnie te duże brązowe okulary. Tworzyło to pewną harmonię. Gdy je uniosła, pewnie by lepiej mi się przyjrzeć, jej twarz nabrała nagle wyglądu surowości i jakby – wyniosłej obojętności. Ale to był tylko moment, bo po chwili znów zsunęła je na oczy i układanka twarzy idealnie się uporządkowała. Promienie słoneczne pląsały w jej włosach, nadając im przedwiosennego balejażu. Obudziło to we mnie wspomnienie dzieciństwa, gdy zbierałam na spacerach z moją kochaną babcią złotobrunatne kasztany i żołędzie. Rozczapierzone jak dłonie liście klonów i dębowe: grube, sztywne i pokryte barwnymi nalotami jesieni. Przynosiłyśmy te leśne skarby do domu babci i tworzyłyśmy z nich całe dekoracje stołu. Czasami też taki bukiet zanosiłam koleżance, która mieszkała w sąsiedniej kamienicy. Był na niej przymocowany taki wielki szyld: „usługi krawieckie, damskie, ciężkie”. Pamiętam, jak bardzo dziwił mnie ten napis. Nie rozumiałam, co mogło kryć się pod „krawiectwem ciężkim”. I do tego damskim. Ale domyślałam się, że ta krawcowa nie miała lekkiego fachu. Patrzyłam na Agnes i docierało do mnie, że jej życie w ustawicznym niedoczasie nie pozwalało na takie wspomnienia z dzieciństwa.
Co ja robię?, przeleciało mi przez głowę. Przecież to nie mój świat. Moje koleżanki, znajome… Żadna tak nie wyglądała. Tak się nie poruszała. I tak nie patrzyła na mnie…
Usiadłyśmy. Byłam skrępowana. Czułam się jak cyrkowy clown. Łapałam się na tym, że kontrolowałam każdy swój ruch – nogi, ręki, palców na szklance piwa. Ona zamówiła czerwone wino. Byłam nie do zniesienia teatralna. Bo ona tuż obok. Przy mnie. Bo patrzyła na mnie piękna kobieta. A jak nawet nie patrzyła tymi wielkimi, brązowymi oczyma, to była. Pachniała. A jej zapach! Wiem, że poszłabym za tym zapachem wszędzie.
Piła szybko, chociaż spokojnie. Może dlatego, że nie mówiła. Znała widocznie świetnie swoje możliwości. I lubiła życie na rauszu. Uśmiechała się tylko, coraz bardziej zamglonymi alkoholem oczami. Dużo paliła. Cienkie, mentolowe niedopałki wyrastały przede mną w popielniczce niczym kolce jeża.
Prawie nie mówiła. Mówiłam ja. Dużo i nieskładnie, przepłukując wyschnięte ze zdenerwowania gardło kolejnymi piwami. Zbyt zimnymi. Głos mi matowiał i wiedziałam, że jutro go pewnie stracę. Alergia. Dym papierosowy i zimne piwo to parę dni bez głosu. A przecież sama palę. W dodatku mocne, śmierdzące fajki ze straganu. Ukraińskie. Jak je kiedyś Robert zobaczył, to mówi: „daj zajarać. Ja też lubię ukraińskie. W płucach mam moją całą miłość do Lwowa.”
Stracę głos i serce, pomyślałam patrząc na Agnes spod powiek rozszerzonymi źrenicami. W końcu i ona zaczęła coś mówić o sobie. Nie bardzo słuchałam. Nie zapamiętywałam. Gdzieś mi się jej słowa gubiły i nie mogłam ich połapać. Wyłapać z nich sensu. Nie interesowało mnie jej życie? Nie, to nie to. Raczej sposób, w jaki o nim opowiadała. Jakby nie liczyła się sztuka, a to, co dzięki niej można mieć. Pieniądze i sławę. Kosmetyki i wakacje na Maderze. Tak – to było uderzające dla mnie. Powinno było by mnie zrazić. Od razu uprzedzić. Ostrzec. Przynajmniej dać do myślenia. Jej słowa, jej uczucia nie były szczere. Raczej obliczone na wywarcie wrażenia. Traktowała mnie jak kolejną słuchaczkę. Zachwyconego nią melomana. Byłam świadkiem popisu. Świetnego, wirtuozowskiego recitalu. Monologu o jej życiu. Ale to „życie” było jakby tylko przyklejone do jej pięknego ciała. Zbyt piękne i zbyt na pokaz.
Chodź. Pociągnęła mnie niespodziewanie na parkiet. Czy chciała wyskakać wypite wino? A może miał to być kolejny szoł – tym razem tańca? Tańczyłyśmy. W tłumie ciał poczułam się pewniej. Wypity alkohol też robił swoje. Muzyka była rytmiczna i mocna. Uderzająca decybelami o piersi. Ale przy tym kobieca. Taniec jest chyba najbardziej z kobiecych sztuk. Bachantki też tańczyły przed Ozyrysem. Chyba gdzieś w Tracji to było, nie pamiętałam dokładnie. Zamknęłam oczy. Chciałam, by muzyka przeniknęła przez moje ciało. I chciałam ją poczuć przy sobie. Ją – Agnes. Czułam jej zapach. Już tak dobrze mi znany. Czułam, jak mnie ogarnia… I nagle ktoś objął mnie od tyłu. Położył dłonie na moich biodrach. Ale nie był to dotyk mężczyzny, był zbyt delikatny i czuły, jakby ten ktoś wiedział, czego potrzebuje moje ciało. Tańczyłyśmy tak z pół piosenki. Nagle ona przylgnęła do mnie i poczułam na plecach wypukłości jej piersi. Odwróciłam się machinalnie, i zobaczyłam… jakąś inną dziewczynę. Spłoszona rozejrzałam się po sali. Agnes stała przy barze z papierosem i przyglądała się mi z uśmieszkiem. Poczułam rozczarowanie. Głupia, myślałam, że to ona.
Komentarze
swewa 21/07/2012
kobiece męskim okiem. podoba się?smiley
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
6,676,075 Unikalnych wizyt