Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

Anna Stolarczyk
Wakacyjne pocztówki
Bogdan Zdanowicz
Marek Przybyła i jeg...
Nauczyciele są ważni
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

16 Dni Przeciw Przemocy
„16 Dni Przeciwko Przemocy wobec Kobiet” - to międzynarodowa kampania na rzecz wyeliminowania wszelkich form przemocy ze względu na płeć. Wybrano dni pomiędzy 25 listopada (Międzynarodowym Dniem Przeciw Przemocy Wobec Kobiet) a 10 grudnia (Międzynarodowym Dniem Praw Człowieka). Wybór tych dat to symboliczne podkreślenie, że prawa kobiet są niezbywalną częścią praw człowieka.
W 16 dniach mieści się także 1 grudnia, Światowy Dzień AIDS, oraz 6 grudnia, rocznica masakry w Montrealu. W kampanii „16 Dni Akcji...” co roku bierze udział ponad dwa tysiące organizacji w 160 krajach.

Śląska Strefa Gender właczając się w akcję, prezentuje wiesze i prozę, dotyczące szeroko rozumianej przemocy (fizycznej, psychicznej, symbolicznej...) wobec kobiet.
Interesujące poetki, pisarki, przejmująca i bardzo osobista twórczość. Zapraszamy.




TWÓRCZOŚĆ:




Wioletta Grzegorzewska

Świat Christiny

Nie wrócę dzisiaj do domu,
gdzie powietrze gęstnieje,
a przedmioty puchną
w bursztynowym świetle pieca.

Schowam się w zarodkach sporyszu,
uśpię zapachem ziół Pensylwanii,
otworzę świat, którego nie kaleczy
linia horyzontu.




W szafie babci Stefanii

W strukturach bawełny i aksamitu ślady krwi
kryształki soli z niedopranych łez,
w koronkowych kołnierzykach kupionych
przed wojną od znajomej Żydówki
miedziane broszki drogocenne pamiątki

Przez dziurkę od klucza wlewa się ciepło,
za którym tęsknią pestki słonecznika
dawno ukryte w kieszeniach płaszcza.
W korytarzach wyrzeźbionych przez korniki
mieszkają wróżki nucące kołysankę ciszy.

Tam jest lawendowe niebo zakrzyczanych dzieci.




Oczy szerzej zamknięte

Ile lewiatanów wypadło z kominka,
gdy syczało w ogniu zbyt wilgotne drewno,
ile koralików schowała na strychu?
W nich nieznane morza, języczki księżyca
rozdwojone w stawie. Patrz, szkiełko i oko
nie ma nic do rzeczy, które pojawiają się
w jej ciemnym pokoju. Obudziłeś demony
już w swoim dzieciństwie i nie uśpisz jej lęku
tuzinem pluszaków, lekcjami baletu.

Zanim uwierzysz w świat bez emcekwadratu,
będzie już za późno. Zabiorą ją, zmierzą
wewnętrzną ciepłotę stopniami Celsjusza.
W twoim czystym domu będzie małpką Bruegla.




Kołysanka „Powrót taty”

Z popielnika na Wojtusia
iskiereczka mruga.
Nad łóżeczkiem cień tatusia,
chociaż jest już druga.

Nie chcę, iskiereczko,
by przychodził więcej,
wyskocz z popielnika
poparz mu ręce.

Tatuś wchodzi do pokoju,
Płoną w stropie belki.
Wojtuś leży przy piecyku,
mruga do iskierki.




Trzy wiosny


Kobiety stworzone są raczej do przetrwania niż rokoszy.
Angela Carter „Czarna Wenus”


I
Pierwsza niedziela maja, rok 1983.
Mam dziewięć lat, ale wyglądam na młodszą. Podczas mszy zsuwam się z klęcznika na posadzkę. Wynoszą mnie na zewnątrz kościoła. Jakaś kobieta rysuje plwocinami krzyżyk na moim czole.
– Trzeba zawiązać jej czerwone wstążkę we włosach, aby odczynić urok – zwraca się do gapiów.
Po kilku dniach idę z matką na prywatną wizytę do doktora Kwietnia. Sześćdziesięcioletni lekarz ma twarz dobrotliwego Gucia, ale ja od razu go wyczuwam. Patrzę spod byka na jego fioletowawe, wygolone policzki. Doktorek każe matce czekać w przedpokoju, gdzie obok etażerki stoi spory fikus, a mnie prowadzi do gabinetu za parawan, wyciera słuchawki stroboskopu o fartuch, staje tak blisko, że czuję zapach jego orientalnych perfum. Rozsuwa rozporek, podchodzi jeszcze bliżej i podaje mi do ręki swojego penisa jak rurkę plasteliny. Robi mi się niedobrze. Odskakuję i z całej siły kopię Kwietnia w łydkę. Słychać kwik zarzynanego wieprzka. Przestraszona matka wchodzi do gabinetu. Kwiecień odsuwa się ode mnie, zasuwa rozporek i wygląda zza parawanu. Po chwili zaczyna zrzędzić, że jestem rozpuszczona jak dziadowski bicz, bo kiedy próbował zbadać moje węzły chłonne, to bez powodu kopnęłam go w nogę. Pokazuje matce zaczerwieniony ślad. Nagle jednak staje się łagodny jak baranek. Siada przy biurku. Oświadcza matce, że raczej jestem zdrowa, ale mogę mieć anemię i stąd te omdlenia i nadmierna drażliwość. Podaje matce skierowanie na badanie krwi.
– Gdy odbierze pani wyniki, proszę wrócić do mnie z córką.
Po wyjściu z gabinetu idziemy na przełaj przez pola do domu. Matka długo milczy, a potem zrywa witkę i podsuwa mi ją pod nos.
– Widzisz to? – mówi – Jak jeszcze raz kogoś kopniesz, to spiorę ci tyłek, rozumiesz?

Następnego dnia mam silną gorączkę. Zostaję sama w domu, leżę w łóżku i popijam wywar z kwiatów lipy. Przed południem wkładam grzałkę do metalowego kubka i gotuję wodę. Następnie zanurzam we wrzątku termometr. Słupek rtęci skacze. Wyjmuję termometr z wody. Pojemnik z rtęcią pęka. Srebrne kulki rozsypują się na pościel. Zbieram je. Przez chwilę waham się, ale potem przypomina się mi gęba Kwietnia. Połykam kulki jak drażetki i zasypiam. Po kilku godzinach budzę się, mam zawroty głowy, wymiotuję tak, jakbym chciała wypluć wnętrzności. W końcu przyznaję się rodzicom, którzy dopiero co wrócili z pracy, że połknęłam rtęć. Ojciec wybiega w kierunku domu sołtysa, aby zadzwonić na pogotowie.

II
Marzec 1986. Słoneczny dzień.
– Czy człowiek może wykrwawić się na śmierć? – pytałam babcię. Ona zaniepokojona wychyla głowę z piwniczki, gdzie przebiera kartofle i kiedy dostrzegła czerwoną plamę na mojej podkolanówce, w mig pojmuje, o co chodzi. Wychodzi po drabinie z piwnicy, człapie w gumiakach do swojej izby i wyciąga spod siennika wykrochmalone, płócienne gałgany.
– Zapierz te plamy w studni, a potem podłóż to sobie. Za kilka dni krwawienie przejdzie. Jutro matka kupi ci w kiosku watę, a teraz mi nie przeszkadzaj, bo wszystkie kartofle do jutra zgniją.
Wychodzę na podwórko. Słońce białe i cętkowane jak gęsie jajo piecze mnie w policzki. Muchy plujki krążą nad oponą wypełnioną sfermentowanym owsem. Wchodzę do klatki dla królików i zasypiam na świeżym sianie. Śnią się mi bordowe dmuchawce.

III
Piaty kwietnia 1997 roku, godzina siódma rano.
Jestem w dziewiątym miesiącu ciąży. Siedzę w dusznym korytarzu na oddziale położniczym szpitala PCK w Częstochowie. Jestem blada, wychudzona, ponieważ miesiąc temu ledwo przeżyłam wirusowe zapaleniu płuc. Wydaje mi się, że rodzę, mam dziwne bóle w podbrzuszu. Siadam na krześle i trzymam się metalowego oparcia jak tonący brzytwy. Po pewnym czasie przechodzi położna. Zagaduje ją cicho:
– Siostro, ja chyba rodzę. Już tydzień po terminie, a mój lekarz prowadzący wyjechał na wakacje do Egiptu.
– Spokojnie, nie panikuj – odpowiada pielęgniarka. – Każda pierworódka myśli, że rodzi, gdy ja tylko w krzyżu strzyknie. Trzeba czekać. Zaraz przyjdzie lekarz, ale w tej chwili jest przy innym porodzie. No chyba, że... – pociera opuszki palców tak, jakby liczyła banknoty. Odpowiadam jej, że prywatnie nie mogę, bo jestem studentką i mam tylko stypendium naukowe, ale pielęgniarka wzrusza ramionami i odchodzi.
Mija godzina. Wciąż siedzę na korytarzu. Przytulam się do mojej szmacianej torby. Jest mi zimno. Krew spływa po krześle. Zsuwam się na podłogę.
Leżę na łące, czuję ból w przedramieniu, w ustach smak zbutwiałej kory. Męski głos dobiega z oddali:
Wkłuwaj się szybciej, cipo, bo ona zaraz zejdzie!




Jadwiga Grabarz

Każda wojna jest inna i każda jest taka sama*

w czasie wojny dzieci się nudzą
w za dużych hełmach
przebrane za komandosów i sanitariuszki
spod ich maczet wypływają
tkanki obcych plemion jakby to był przerywnik
w wyścigu zbrojeń

organizacje broniące praw człowieka
donoszą że nie należy zbytnio interweniować
w lokalne konflikty
a co powiedzą
gdy po raz kolejny uzurpujesz sobie prawo
przywódcy narodu którego nigdy z nas nie będzie

w senniku czytam
że krew spływająca na ziemię
to dobra wróżba
nigdy nie wierzyłam w takie bzdury

w czasach zimnej wojny
zamykaliśmy usta nazbyt często sobie nawzajem
spróbowaliśmy wszystkich zabaw nawzajem w sobie
gdy wyprowadzano z nas przepowiednię goldinga
jątrzący stan napięcia
byliśmy tylko mordercami
dążącymi do rozszerzenia swoich wpływów
w jeszcze mniejszym lokalnym konflikcie


* film Jarhead (2005)

22.06.2012/31.10.2012






Atlas ludzkiego ciała,

którego za nic nie ocalisz
i wieczne zagnieżdżanie się wszechświata
w szpiku naszych kości.
poznanie się na językach i poprzez spadanie.
na cztery ręce zmagania – pożar, zgliszcza
w odłamkach sekund.
rozkład umarłych listów,
może nawet więcej, co tutaj widzimy -
czarny marmur naszego przetrwania.
późne podróże w papier, to co mnie pochłania
w nich najbardziej – że wciąż tutaj jesteśmy.
i rozczarowanie. wieczne zagnieżdżanie się
wszechświatów – jakieś małe skrzyneczki,
w które nas schowają. krucjata, inkwizycja
coś ostatecznego niczym sąd wojenny -
rozstrzelanie liter, wewnętrzne zamieszki,
starcia z samą sobą. gdzie się pochowamy,
gdy mnie nie ocalisz, ani nie poskładasz
w żadne ludzkie ciało,  w żaden ciała atlas?


05.10.2011 – 23.06.2012




Roma Jegor

Gry dziecięce

O czym tu mówić - że zdarli z niej majtki
ławka była twarda a tablica czarna
o czym tu mówić - lekcja była długa
dzwonek nie krzyknął
nie skrzypnęła klamka

I co tu mówić - źli pójdą do piekła
dobrzy ze skrzydeł będą pióra rwali
woźny do jutra wymyje podłogę
po ud drobnej bieli 
i pętli skakanki

I co tu jeszcze - że dzieci śpiewają:
„Anka-Skakanka z aniołami fruwa”
dzwonek nie krzyczał nie skrzypnęła klamka
klasa była pełna
lekcja była długa




Marzena Bruś

próbuję być miła 

mówię o zbawieniu i drugiej stronie 
nie czeka całuje mnie w usta 
językiem wchodzi tak głęboko 
że zaciskam uda 
ostatni raz robiłam to z facetem 
który obiecał mi wspólne życie 
pierwszy raz robię z pewnością 
że to się nie powtórzy
czasami wolałabym żeby kość którą 
w sobie noszę łamała się częściej
mówisz napij się i podajesz butelkę 
już nigdy sama nie trafię do wody 
ostatnia kropla jak pestka 
wrasta we mnie 
gnije
bez korzeni





Barbara Janas Dudek

kolor mleka

nie było matki ani ojca
kiedy w windzie na dziewiątym
zdjął jej majtki
czerwona wstążka spłynęła
woda miała kolor mleka
para obsiadła twarz
bez miejsca na gorączkę
bóg się rodził w butelce
ojciec wyrzucił ją z domu
brzuchem do sadu ukrzyżowaną
aż wyszedł z niej jak pierwszy ząb
zostawiła na progu




Małgorzata Szczepańska Tomal

To koniec

Ja się zmienię – powtarzasz, tak pragnę ci wierzyć
więc noszę ciasne golfy, ciemne okulary
i niepomna wczorajszych traumatycznych przeżyć
odganiam czarne myśli jak senne koszmary.

Kiedy wracasz do domu z bukietem pod pachą
zapewniając , że to się więcej nie powtórzy
ufam ci do chwili , kiedy gnana strachem
uciekam w noc bezgwiezdną przez ciemne podwórze.

Teraz będzie już lepiej – ta myśl gorączkowa
podtrzymuje. Dziś wyznam, że zostaniesz tatą
ale z ust zaciśniętych nie padają słowa
gdy wracasz znów nad ranem i… pod dobrą datą.

Przez ciebie moje życie stało się udręką
-wrzeszczałeś -daj mi wódki ,pani gospodyni!
Zrozumiałam (to koniec!) i złamaną ręką
powiesiłam marzenia na błękitnej linii.




Agnieszka Frankowska

Żona suflera

- Ubierz się dziś ciepło, weź szalik, pamiętaj o rękawiczkach - otworzył szeroko drzwi, pochylił się lekko, aby wyjść, potem jednak cofnął nogę z progu i krzyknął w głąb mieszkania:
Wysusz dokładnie głowę, albo lepiej nie myj jej przed wyjściem.
Strasznie wieje!
Dobrze, nie umyję głowy - odpowiedziała .
Zadzwonię koło czwartej.
Trzask! Wyszedł. Siedziała na łóżku nieruchomo.
Zadzwonisz. Oczywiście, że zadzwonisz.
Wstała, wygładziła narzutę, wyprostowała zagniecenia.
- Przyjemnie będzie położyć się wieczorem. Symetria wprowadza spokój - usłyszała w myślach głos Józka.
W łazience patrzyła na nią z lustra zmęczona twarz. Włosy szare i matowe; zmęczone. Ale umyć ich nie mogła. Pewnie by się przeziębiła. Tak powiedział.
Był starszy i znacznie mądrzejszy. Przeżył sporo, więc wiedział jak ją chronić. Każdej jesieni kupował jej ciepłe buty, sweter, jesionkę. Dbał o nią.
Nie pozwalał wychodzić po zmroku, jeździć autobusem.
Wieczorem jest niebezpiecznie, czytałaś w dzisiejszej gazecie? Znowu
napadli jakąś staruszkę. A w autobusie możesz złapać grypę, potem mnie zarazisz. Ja muszę pracować za nas dwoje.
Na to nie miała argumentów.
Lepiej posiedź ze mną. Obejrzyjmy film. Ale najpierw dziennik. Trzeba
wiedzieć, co się dzieje w świecie ! Człowiek na poziomie musi oglądać dziennik i czytać gazety. Niezależnie od sytuacji. Codziennie. Chyba chcesz być na poziomie...
Chciała!
Kupił jej samochód, używany, w dobrym stanie.
Nie parkuj pod drzewem, w czasie wiatru spadną gałęzie i porysują
lakier. Nie myj go sama, pojedź do myjni. Tam zrobią to lepiej. A moja żona nie musi się męczyć.
Parkowała daleko od drzewa. Jeździła do myjni. Nie męczyła się.

Wyszła godzinę po nim, otulona szalikiem, zapięta na ostatni guzik. Mówił, że w szyję musi być ciepło i za każdym razem poprawiał jej szalik. Z troską.
Zakupy dały jej chwilę oddechu. On nigdy tu nie przychodził, nie lubił tłoku, zaduchu, ciasnoty, zapachu tłumu i hip-hopu wyskakującego z głośników.
Spacerowała alejkami, pustymi o wczesnej godzinie, oglądała pudełka i puszki. Czytała napisy. Wybierała mięso, warzywa, sery.
Wszystko pełnowartościowe, dorodne, smaczne.
Omijała półki ze zdrową żywnością. Pewnie nafaszerowaną chemią, pozbawioną witamin. Sztuczną. Zupełnie bez smaku.
Stoisko z sokami minęła ze smutkiem. Przeczytał jej w ostatnim tygodniku, że soki owocowe nie mają witamin, tylko wodę i cukier. A cukier zatyka arterie, utrudnia przepływ krwi.
Lubiła sok ananasowy, nawet jeśli nie było w nim śladu ananasa!
Szkoda twojego zdrowia, kochanie! – prawie usłyszała jego głos.
Zawsze chciał jej dobra, wszyscy jej to mówili.
Wyjęła więc z dna koszyka beztłuszczowy biały ser i zeroprocentowy jogurt Odstawiła na półkę. Jak mogła być tak niewdzięczna!
Z torebki rozległ się dźwięk dzwonka.
Mamy zaproszenie do mojego szefa, na sobotę. Kup sobie jakąś
sukienkę. Albo poczekaj godzinę, jak skończę pracę poszukamy razem -
Był taki troskliwy i dobry.
- Poczekaj na mnie w Stokrotce, tylko nie siadaj przy drzwiach, tam jest przeciąg. Weź szarlotkę, lubisz szarlotkę. Będę za godzinę. Pa, kochanie.
Dobrze, papa.
Był punktualny jak zawsze.
Umówiłem Cię na jutro do fryzjera, ładnie Ci będzie z krótkimi
włosami. A teraz kupimy buty i sukienkę.
Mam zeszłoroczne pantofle. Eleganckie, na wysokich szpilkach. I pełną
szafę czarnych sukienek.
W tym sezonie zmieniła się moda. Najbardziej lubisz kolor czerwony,
kupmy czerwoną. Znam cię tak dobrze. I lubię ci sprawiać przyjemność.
Wieczór spędzili na kanapie. Najpierw kolacja, dziennik, teatr telewizji.
- Wywietrz pokój na noc, nie zapomnij. A ja w tym czasie napełnię wannę pachnącą pianą.
Wszyscy zazdroszczą jej tak troskliwego mężczyzny...
Poranek przy stole minął pośpiesznie. Parująca kawa ukryła jej zły nastrój. Nie chciała obcinać włosów.
Nie pójdę do fryzjera. Lubię długie włosy. – powiedziała cicho.
Masz piękny owal twarzy, będziesz bardzo zadowolona jak zobaczysz
efekt. To zresztą najsprawniejsze nożyczki w tym sezonie. Świetny fryzjer – wstał od stołu, poprawił krawat, potem podszedł do niej, podniósł ją z krzesła i mocno przytulił – Co byś beze mnie zrobiła! – pogłaskał ją po głowie. Z czułością. - To czekam w salonie o pierwszej! – wyszedł.

Nożyczki miały ostre końce i błyszczały w świetle jarzeniówek. Kuliła się za każdym razem, gdy dotykały jej szyi.
Bolało. Czuła każdy skracany włosek, każde spadające pasmo. Fryzjer pracował w milczeniu, jakby to wiedział.
- Grzywka może być krótsza. Moja żona ma piękne czoło, niech pan je bardziej odsłoni - siedział obok w fotelu, chciał być przy niej, gdy z poczwarki zmieniała się w motyla.
Możesz teraz otworzyć oczy! - powiedział w końcu.
Kobieta naprzeciw była drobna, miała szczupły nos, pod nim wąskie, różowe wargi. Błyszczące, zielone oczy, spojrzały prosto na nią. Wstała, wzięła jej męża pod rękę. Zostawili ją w fotelu wychodząc.
Otworzyła oczy ponownie, pijąc herbatę we własnej, błękitnej kuchni.
- Jesteś bardzo zmęczona, tyle mieliśmy wrażeń. - patrzył na nią z dumą, jakby sam był autorem przemiany. - nagle spojrzał z uwagą na jej szyję -
zostało jedno dłuższe pasmo. Chodź do lustra w łazience, weź nożyczki. Zaraz je obetnę – powiedział z energią.

Stanęli obok siebie w łazience. Jej mąż i ta obca. Patrzyła uważnie.
Kobieta zadała cios, zanim zdążyła pomyśleć.
Ostrze weszło lekko, wbiło się dość głęboko. Spodziewała się tego, ale łatwość z jaką przecięła mięśnie trochę ją zaskoczyła. Z przodu koszuli, na czubku stali, pojawiła się cienka czerwona strużka, którą siła ciążenia skierowała na białą emalię.
Krople znaczyły umywalkę intensywną barwą.
„Najbardziej lubisz kolor czerwony. Znam cię tak dobrze i wiem, jak ci zrobić przyjemność” – miał rację, jak zawsze, znali się już 15 lat.
Spojrzała przed siebie. Lustro odbijało zielone oczy uwydatnione teraz na pozbawionej loczków, obcej twarzy. Twarz Józka umknęła niżej, po chwili zgiął się prawie do jej stóp.
Wyrwała nożyczki z pleców:
„Teraz mocno i precyzyjnie, z drugiej strony bardziej się postaraj” – głos w jej głowie mówił niegłośno, ale czuwał nieustannie nad jej działaniem – „symetria wprowadza spokój”.
Starannie wymierzyła odległość. Odsunęła ramię do tyłu i uderzyła z rozmachem! Nożyczki weszły głęboko, aż po rączkę. Ciało upadło z impetem na błyszczące kafelki. Czerwień zalała podłogę gęstym strumieniem, lała się i lała; widać było, że dbał o zdrowie...
Usiadła obok i oparła się o drzwi. „Nie siadaj przy drzwiach, tam jest przeciąg”- usłyszała . Odsunęła się posłusznie. Rzeczywiście na nogach czuła chłód.
W pokojach zapadła ciemność. Powoli zbliżał się wieczór.
„ Wieczorem jest niebezpiecznie, czytałaś w dzisiejszej gazecie? Lepiej posiedź ze mną.” Siedziała.... Aż do ósmej...
Kiedy wybiła ósma, usiadła przed telewizorem. Chciała obejrzeć koncert. „Ale najpierw dziennik. Trzeba wiedzieć, co się dzieje w świecie ! Człowiek na poziomie musi oglądać dziennik i czytać gazety. Niezależnie od sytuacji. Codziennie.”




Grażyna Wojcieszko

Skóra blondynki
 
z ciekawości założyłeś skórę blondynki
zarzuciłeś niczym wieczorowy płaszcz
i zagrałeś  w noc tęczowych świateł 
 
nawet ja piłam oskołę z twoich piersi
 
nad ranem odwiesiłeś skórę jak trencz
z karteczką:
odtruwa organizm
wzmacnia
wybiela piegi
 
na odwrocie ktoś dopisał:
pali się nawet mokra 
zbyt dobrze przewodzi ból
 
 
 

Koncert
 
od kiedy koncertujesz
twoje imię wypadło mi z ust wyplułam
je w ataku kaszlu bo ono po natarciu
na struny głosowe stanęło bemolem
w mych płucach
 
twój świergot: król
przeskakuje linię melodyczną wypada 
z osi zapisane w a-dur nuty idąc w górę 
tracą oddech mylą kolejność dźwięków 
giną w balladzie g-moll 




Królowa
 
królowa ma obowiązki
pokazuje się to tu to tam lekko unosząc rękę
dziękuje za wiwaty 
 
królowa ma obowiązki
kładąc się do łoża zawsze lekko uchyla nogi
po minucie król odchodzi
 
królowa nie dotyka szyszek
błogosławi je wzrokiem lekko się uśmiechając
służba zbiera potomstwo
 
królowa ma spuchnięte piersi
pełne mleka
 
 

Aleksandra Zbierska

Rocznica

 Zapytała czy herbata ma być z miodem.
 Na TVNie relacja z modlitwy. Zamknij ry! -
 wykrzyknął. Nalał sobie szklaneczkę porto,
 zapalił cygaro i rozmyśla - czyż świętość
 nie jest miarą życia? A ptaki niebieskie?
 Nie sieją, nie orzą, a żywi je Pan. Jak to się
 wszystko zazębia, krzyżuje. Tymczasem
 z kuchni dobiega tłumiony płacz. Jak
 go wkurwia to wysokie, pawie  "c"! Mógłby
 skręcić jej kark ale siedzieć za ścierwo
 nie pójdzie. Bogu dzięki, że nie stworzył go
 kobietą. A cisza się sumuje, sumuje i rośnie,
 jak czarny ptak, by zmienić się w ptasią
 ciemność. Czy czegoś mu żal? Konia!
 Konia mu żal. I psa! Kota mógłby podpalić.




Aneta Kamińska

nieporadnik

uciekaj
od ciemnych miejsc i mężczyzn
w stadzie nieładzie
tramwaju na haju
pociągu i w ciągu
(na pradze nie radzę)
nie
roz
puszczaj
(się)
(włosów i głosu)
gwizdek na przegubie (lubię bo nie zgubię)

pali
się

(nikt się nie pali
do pomocy ofiarom przemocy)

drzwi okna zamki tylne siedzenia
kto stoi za progiem
między bogiem
a praw
dziwą
stroną i piecem
krocz
środkiem
(śmiało światło
świadomie)
jakbyś wiedziała
dokąd
to
wiedzie

(w biedzie
zwiedzie zawiedzie)








Roman Knap

Jaskółka

Mój ojciec jak gdzieś tylko zobaczy brudne, to on zaraz nagle ma lot jaskółki
i lotem jaskółki przylatuje do mnie do pokoju,
otwiera drzwi, woła, zawraca, pokazuje - brudne! brudne! brudne!,
i znowu odlatuje, i znowu przylatuje,
popędza, fruwa, krąży, w prawo, w lewo, śmiga,
i znowu nadlatuje,
i ciągle mi tak lata i jaskółczy w drzwiach.

Bo on te moje zaraz, zaraz, zaraz, to on już słyszał godzinę temu.
Bo ja to się opieszam.
Bo ja jak mam wstać to ja oczywiście wtedy mam widoczny wysiłek. Księżna pani.
Bo oczywiście wszystko może poczekać!
Bo zaraz, zaraz, zaraz, to takie moje wstawanie niewstawanie,
że oczywiście ja to się jeszcze muszę poprzeciągać, odrozespać i poprzytulać do pluszowych książeczek.
Bo mojemu wstawaniu to jest zawsze jeszcze zimno.
Bo oczywiście ze wszystkich spań, wstawań i pobudek najpiękniejsze są te rozlewne.
A mój ojciec to on się wtedy nie może niczego doprosić!
(ps. Bo ja to chyba w ogóle jestem odłamek skorupki z jajka, co to on wpadł do właśnie smażonej jajecznicy i nie chce z niej wyjść i klei się - i trzeba dopiero będzie, że mój ojciec poleci do kuchni, wyłączy gaz, wyciągnie nóż i dopiero wtedy to on mnie wyjmie!)

W końcu wstałem.

Potem musiałem wstać drugi raz.
Bo oczywiście zamieść to może i ja zamiotę, ale i też na tym skończę.
A przecież tylko zamieść podłogę tam gdzie jest brudne, to tak jakby dać tej podłodze do jedzenia tylko suchy chleb.
A gdzie masło, kiełbasa, herbata, gdzie wiaderko, szmata i mop, no gdzie?
A potem nagle to mój ojciec to on już wiedział, że ja dobrze wiem gdzie i co,
ale oczywiście z tego całego mojego bujania w obłokach to ja już gdzie i co to już nic nie wiem.

A potem musiałem wstać jeszcze raz.
Bo w końcu nie wytrzymałem!
Bo mój ojciec właśnie gdzieś tam w łazience położył palec i zaraz zobaczył, że tam to jest tak oblepione,
że się nie da położyć palca.
Ale po co jemu tam kłaść ten pierdolony palec, jak tam nie jest na palec tylko na szampony i płyny!
A potem w lot tego doszło do jatki -
że on skurwiel i ja skurwiel,
on pojebany i ja pojebany,
on schujały ja schujały,
on debil ja debil,
on pedał ja pedał,
on gnój ja gnój,
on jaskółka
(on jaskółka!)
(on jaskółka!)




Barbara Klicka

ALFAVILLE

Śni się i nie śpi. Naniesione do głowy hałdy plaży – muszle, kamyki i kwarc. To nie jest łagodny widok, to rysunek wniknięcia, o które nikt nie prosił. Strach i koc na ucho, jakby zły duch mógł stosować metody szczypawek.

I drży się, i się sobie wyświetla. Na przykład, że nową kanapę trzeba sprzedać i natychmiast ktoś na niej umiera, oczywiście z naszego powodu. Na przykład, że przyznaję się do wszystkiego wszystkim, a ty tylko patrzysz.




Szklanka

toporne frazy
 
toporne są frazy znalezione w przydrowcowej caffe
a wszystko przez siekierę ktorą mój ukochany
wbił mi w plecy teraz jestem garbata i nie podobam się
żadnemu mężczyźnie nie przyjdzie do głowy
 
że ta siekiera trochę mnie uwiera i bliżej do ziemi
każe się skłonić dawnym demonom pomachać
nogą przyzwalając na pieszczoty bez tabu
wciąz maluję obrazy wyciskając z tubek
 
odrobinę krwi na pośladkach nie zaszkodzi
żeby ktoś pokochał bardziej kawałki ciała
w ustach ludożerców nie brakuje soli i pieprzu
w przydworcowej caffe moja dawna miłość
 
przypadkowo zostawiła siekierę z zaschniętą krwią




Agnieszka Marek

Niebieska linia
 
Nie lubi czekać aż znikną. Ostatnio spodobały
jej się nawet świeże, bo fiolet tej wiosny
znów jest trendy. Będzie jak motyl, choć brzmi to
diablo banalnie, ale tak – wyleci z fioletem –
czasem nawet żałując, że przez drzwi, a nie okno.
 
W pubie Pod rudym kotem barwnie, więc
wkomponuje się po mistrzowsku. Ktoś podsunie
psychodeliczny w kolorach i nazwie drink,
parasolka zawróci w głowie.
 
Łowca motyli wbije szpilkę prosto między uda.




Gabriela Szubstarska

krew = życie*

nie zamknęła dłoni
nie warto było niczego zatrzymywać
otworzyła drzwi
nie wiedząc że znów
zobaczy w progu dawcę
czerwonych kropel

niebo wyglądało tak niewinnie


*
Przez szereg lat mijałam namalowany na murze jednej z kamienic taki napis. Stacja krwiodawstwa w ten sposób zachęcała do oddawania krwi- zapożyczyłam ten napis.
G. Sz.




Joanna Fligiel

Pogódź się z tym mała dziewczynko

Cierpienie należy do życia. Jeśli cierpisz, znaczy, że żyjesz.
Pogódź się z tym mała dziewczynko.
Dorota Terakowska


W klasie jest zawsze jakaś Marysia, koło której nikt
nie chce usiąść. W mojej też była taka dziewczynka
i to nie byłam ja. Byłam miła, taki zwyczaj, wpojony
przez matkę, chociaż wówczas nikt jeszcze nie odkrył, 
że w ten sposób można oszukać mózg. Wybrałam
uśmiechanie, by teraz dla równowagi mówić prawdę, 
lecz i tak się przewracam.

Kiedy po latach spotykam szkolne koleżanki,
słyszę jaka byłam świetna. Nie pamiętam,
bo to nie działo się naprawdę. Naprawdę 
byłam przestraszoną dziewczynką, 
która musiała wracać do domu po lekcjach, 
kłaść się do łóżka, gdy za oknem wołano jej imię. 
Modliła się pod kołdrą, żeby tata mówił ciszej: 
czyją jest dziwką, czyją będzie, czyją była 
i która dziwka ją urodziła.




pętliczek, czerwony stoliczek

czy bije, krzyczy, czy mocno trzyma i szczypie
i co robi matka, czy też krzyczy,
czy nadal uprzejmie segreguje gazety.
może leży z nimi, nieodpowiednio, na stoliczku,
być może leży, upadła, może omdlała, zdziwiona,
że tyle krwi, tyle krwi, tyle krwi wypływa
z jednego potłuczonego nosa.

czy bije, krzyczy, czy mocno trzyma i szczypie,
i co robi najpierw. najpierw sadza na kolana,
pyta jak mocno go kocham, a potem szczypie.
chcesz zejść z kolan, przytrzymuje i krzyczy;
jesteś taką samą suką jak ona, tylko czekać,
tylko czekać, aż dostaniesz cieczki i byle pies,
byle pies cię wyrucha, a potem bęc.

jeśli jest zwinna może uciec do łazienki, z klatki
na klatkę, po schodach do piwnicy, przeczekać może,
może nawet wsiąść do pociągu byle jakiego z kamieniami
w gardle, z zaciśniętymi pięściami, najczęściej boso. konduktor,
konduktor to pikuś , w porównaniu z facetem w garniturze,
którego wszystko denerwuje, chyba, że akurat matka zaklinuje się w progu,
no to wtedy: na kogo wypadnie, na tego bęc, bęc, bęc, bęc, bęc, bęc, bęc, bęc




Ty niedobry chłopczyku znowu zniszczyłeś lalkę

Dzieci mogą się schować, udać, że nie słyszą
krzyków, płaczu, gróźb i próśb. Uciec myślami,
stworzyć przyjaciela, wroga. Wyrwać mu ręce
nogi, głowę, pogryźć tułów, paznokcie, wargi.
Mogą nasikać w majtki.

Ale w końcu wychodzą z szaf. Uznają, że muszą
coś zrobić. Bronić jej. Lecz nigdy im się nie udaje.
Więc nie wiedzą, kogo bardziej nienawidzą: siebie
czy jego? Siebie czy jej? Siebie. Ale to nic. Dorosną
i dowiedzą się, że wszystkie baby to kurwy.




Rozdział LII 
Marina Abramović 

  
Inga przyjeżdża jakiś zagranicznym wozem, do którego ojcu błyszczą oczy. 
- To nie sprawiedliwie, mówi, wyszłaś za maż za jakiegoś rolnika spod Lublińca i tak ci się powodzi – tata nie ukrywa zazdrości. 
Inga już zdążyła opowiedzieć o swoich ubiegłych wakacjach w Jugosławii. 
- I nawet nie należysz do partii! – kontynuuje zazdrość tata. 
- Wiem komu należy posmarować – śmieje się Inga. 
Nie wiem, co to znaczy posmarować, ale tata wywraca oczami i robi znak „cicho sza”, czyli przykłada serdeczny palec do zamkniętych ust. Znowu ich się boi. 
Inga nic sobie z tego nie robi. Ma donośny głos, ale bardzo przyjemny, nie piskliwy, raczej powiedziałbym miodowy. Tak mi się kojarzy. 
- Inga, bo nas pozamykają. 
- Waldemar. Wiesz, co jest najważniejsze dla komuchów - kasa. Nie jakaś ideologia, ale kasa. Za kasę możesz kupić wszystko w naszym kraju. 
- Nam tylko Fundusz Wczasów Pracowniczych proponuje chłodny Kołobrzeg jako akt łaski władz – wtrąca się mama, ku niezadowoleniu taty. 
- Bądź szczęśliwa, że możesz jechać do Kołobrzegu. Dla innych nawet Bałtyk jest luksusem – odpowiada tata. 
- A co przywozicie z tej Jugosławii? 
- Wyobraź sobie, że garnitury. Najwięcej można za nie dostać. No i piękną opaleniznę. Inga nagle zmienia się na twarzy i podnieconym głosem mówi: 
-  A słyszeliście o tej artystce z Belgradu Abramović? 
Nikt nie słyszał. 
Inga podnosi się z fotela i gestykulując zaczyna wykrzykiwać: 
- Jest niezwykła. Niesamowita. Wspaniała. Cudownie obrzydliwa. Prawdziwa artystka! 
- Mówisz o tej kobiecie, dla której sztuką jest czesaniem włosów do krwi? - kojarzy coś tata. 
 - Tak, dokładniej o niej mówię. O jej eksperymentach związanych z bólem, z reakcjami ciała na ingerencje fizyczne. 
 - Według ciebie to jest sztuka? Dochodzenie do granic wytrzymałości fizycznych i psychicznych? 
- Tak, to jest prawdziwa sztuka. Sztuka jest szaleństwem – oświadcza Inga. 
- No tak, ty się najlepiej znasz na tym – słyszę sarkastyczny głos ojca. Przecież, jesteś prekursorką. W sumie Abramović mogłaby się uczyć się od ciebie – drwi dalej. 
- Lubię swoją twarz i swoje blizny – odpowiada tacie spokojnie i dumnie Inga. Przypominają mi codziennie kim jestem i kim byli moi rodzice. Dlaczego moja matka podcięła sobie żyły, dlaczego mój ociec się powiesił. Codziennie mi przypominają o mojej sile i ich granicach wytrzymałości. O tym, że jestem wyjątkowa! 
- O tym, że jesteś wariatką chyba? Kto przy zdrowych zmysłach przykłada sobie rozgrzany grzebień do własnego policzka!– przerywa jej bezczelnie ojciec, spogląda na mnie i każe mi wyjść z pokoju. 
Już mam wstać, ale ta kobieta, z poparzoną twarzą, chwyta mnie mocno za ramię i przytrzymuje. 
W ogóle nie boi się mojego ojca. Ona jedna. Chyba nie boi się niczego. Mam wrażenie, że zaraz mu przyłoży, ale nie, mówi tylko: 
- Przestań czepiać się dziecka. Odkąd przyjechałam, mała nie odezwała się, jakby robiła swoje własne performance. To jest dla Ciebie normalne, że jedenastoletnia dziewczynka nie szczebiocze, nie biega, nie przerywa, a czteroletni chłopiec potrafi godzinę bawić się tymi durnymi żołnierzykami w jednym miejscu?  
I niby, według ciebie, w tym pokoju, ja jestem szalona? Jestem jedyną normalną tu osobą! 
   Wszystko wymyka się spod kontroli. 
Mama milczy i raz jedną, a raz drugą ręką, rytmicznie ściera kapiące łzy, które spływają jej po twarzy. Jacuś nadal ustawia swoje wojska, jakby nic, co działo się obok nie miało najmniejszego znaczenia, jakby żaden podniesiony głos nie robił już na nim wrażenia. 
Patrzę na Jacusia i widzę, że siedzi w kałuży swoich sików. 
Ojciec każe natychmiast wyjść Indze z jego domu i robić przedstawienia innym członkom rodziny. Lecz nie wie komu, ponieważ już nikt jej nie zaprasza.   
  Inga śmieje się i wychodzi. 
Na odchodne informuje, że robi to z wielką przyjemnością. I nawet nie żal jej mojej matki, bo szkoda czasu użalać się nad głupotą ludzką. 
Wsiada do swojego zagranicznego niebieskiego samochodu i odjeżdża. Tak, Inga nie potrafiłaby żyć niezauważona.
 
 
 
Rozdział LIII 
Po burzy 
  


Tata wyszedł z domu zaraz po Indzie. Powiedział, że idzie się przejść. Wziął ze sobą kilka cukierków do kieszeni i ubrał sportowe buty. Pewnie pobiegnie na Stefankę. 
Leżę i patrzę w sufit, choć mama pozwoliła mi pójść na podwórko. Ale zerknęłam tylko przez okno. 
Mama przebrała Jacusia w czyste spodnie, zamknęła się z nim w sypialni i teraz słucha w swojego ulubionego Niemena. Ciągle tego samego utworu pt. „Dziwny jest ten świat”. Do perfekcji już opanowała położenie igły na płycie, tam gdzie rozpoczyna się „Dziwny jest ten świat”. Słucha i nadal płacze, pociąga nosem, w taki sposób jaki nam nie wolno. Niemen wydziera się w kółko: „Dziwny jest ten świat, gdzie jeszcze wciąż mieści się wiele zła. I dziwne jest to, że od tylu lat człowiekiem gardzi człowiek. Dziwny ten świat, świat ludzkich spraw, czasem aż wstyd przyznać się. A jednak często jest, że ktoś słowem złym zabija tak, jak nożem.” 
Dokładnie w momencie, gdy Niemen śpiewa „nożem” łapie łapczywie powietrze i zanosi się jeszcze większym płaczem, tak że prawie nie słychać dalszej części utworu, której słowa znam na pamięć: „Lecz ludzi dobrej woli jest więcej i mocno wierzę w to, że ten świat nie zginie nigdy dzięki nim. Nie! Nie! Nie! Przyszedł już czas, najwyższy czas, nienawiść zniszczyć w sobie.” 
   Zawsze, gdy słyszę ten utwór, oznacza to, że mamę spotkało coś przykrego. Moją mamę często spotyka coś przykrego, dlatego słowa piosenki znam na pamięć. Mama kocha Niemena, bo wydaje jej się, że tylko on ją rozumie.
A ja nie cierpię „Dziwnego świata”, bo nie cierpię kiedy mama płacze, a szczególnie przez tatę.



prezentowane rozdziały pochodzą z niedokończonej jeszcze książki "Smak pomidorów"


Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
6,676,658 Unikalnych wizyt