Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

Dominka Lewicka-Kluc...
WIERSZE NA WSKROŚ MI...
Katarzyna Zwolska-Pł...
Anna Musiał - OcZKO
Radek Wiśniewski - O...
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

Iwona Małgorzata Żytkowiak
Iwona Małgorzata Żytkowiak - absolwentka filologii polskiej na US, ukończyła Studia Filozoficzno – Etyczne oraz Podyplomowe Studia w IBL PAN w Warszawie. Nauczycielka. Matka czterech synów. Powieści: „Tonia”, „Spotkania przy lustrze”, "Kobiety z sąsiedztwa", "Tam, gdzie twój dom". Członkini Związku Literatów Polskich, publikuje na łamach Pegaza Lubuskiego i prowadzi blog http://iwona-zytkowiak.blogspot.com/ .



TWÓRCZOŚĆ:

fragment nowej powieści, która niebawem - 4 lutego - pojawi się na półkach w księgarniach, nakładem wydawnictwa Prószyński i s-ka



Było gdzieś około przednówka, na dworze jeszcze ciemno, kiedy huk i ogromny blask wygonił ich z łóżek. Wszyscy zbiegli się w pokoju, którego okna wychodziły na nową ulicę Wolności. Naprzeciw, po drugiej stronie ulicy buchał ogień. Z ich byłego mieszkania wyzierał płomieniami na ulicę przez powybijane szyby. Rozwarte okiennice, skrzeczały stukały o wnęki okienne. Z pobliskich domów wyglądały głowy, wszystkie zwrócone w jedną stronę. Ktoś głośno wyklinał:
- To pewnie jeszcze szwaby pierdolone! Swego bronią! Psia mać!
- Mało im wszystkiego! – dokładał ktoś następny.
- Powiadają, że tu mieszkała Polka, ale pewnie taka z niej Polka jak ze mnie Paryżanka. Gziła się ponoć z jakimś bogatym Niemcem. Mówią, że uciekła z nimi.
- To niech się wypali, wyjałowi wszystko… czort wie, co tam za inne plugastwa! – złorzeczyły wredne głosy.
Potem padały coraz to bardziej nienawistne i obraźliwe słowa, nikt też nie spieszył, by ogień przytłumić. Nieważne, czy w środku ktoś pozostał, czy nie. Ogień panoszył się we wszystkich pokojach, skacząc po meblach, podłogach, firanach i ciężkich zasłonach. Strzelały przewody elektryczne, wysyłając w górę kaskady iskier. Ulica jaśniała. Czerwone i żółte płomienie przeganiały ciemność.
Ewa schowała się bardziej, przylgnęła plecami do ściany. W piersi zdusiło ją tak mocno, że bała się głębiej odetchnąć, by jej nie rozerwało. Palił się jej dom. Skuliła się w sobie, jakby czuła jadowite jęzory ognia smagające ją po ciele, ich żar, piekący, niedający się w żaden sposób ugasić. To o niej! To o niej mówili! I pewnie zaraz tu przyjdą. Znajdą ją. Wygarną z domu, który zawłaszczyła. I wybatożą. Za te lata samotności, za ten brak tożsamości, za niepewność jutra, a i nawet dzisiaj. I postawią na rynku pod pręgierzem, za to, że nie walczyła, że nie uciekała nocą, że nie oddawała się żołnierzom – łajdakom, by uchronić córkę przed niechybną zgubą. Że żyła z dala od huku armat i kanonady dział artyleryjskich. Zaszyta w Mieście, o niemiecko brzmiących wszelkich nazwach. Ale teraz dosięgła ją sprawiedliwość! I niech sobie nie myśli! Suka jedna! Ani z niej Polka, ani Niemka, może nawet Żydówka jedna! A mąż? Gdzieżby taka męża miała! Ktoś tam słyszał, że sama jest. Czasem który tam w nocy zachodził, ale … A! Szkoda gadać! Dość już tego ukrywania! Dość! Wszak sprawiedliwości dziejowej nadszedł czas. I każdy swoją karę i nagrodę odebrać musi! I koniec!
Koszula na plecach była cienka, a ściana lodowata, ale Ewa czuła niemal jak ogień lizał jej kark, wpełzał na nią od stóp. Osłoniła rękoma twarz, schowała głowę w ramiona. Byle nie widzieć i nie słyszeć.
- Nie bój się dziecko! Taki już ten świat! Łatwiej człowiekowi, wylać żółć na drugiego niż go poznać. Świata nie zmienisz. Nie płacz! Masz dziecko! Jeszcze wiele zniesiesz. Ale ma się ku lepszemu… – kobieta z czułością poklepywała ją po ramieniu, chociaż właściwie to nie było klepanie, a raczej głaskanie.
Niemka była bardzo stara. Zadziwiające było w niej spojrzenie, opanowane, wyważone, zupełnie pozbawione lęku. Stała nieruchomo, tylko ta ręka – chuda, z mapą niebieskich nitek żył poruszała się w górę, w dół. Ewa jeszcze raz zerknęła naprzeciw. Kątem oka. Ogień, dogasał. Rosyjscy żołnierze, którzy wylegli z niedaleko położonego budynku komendantury, w rozgamganych mundurach, wymachując karabinami: rozganiali zebranych:
-Raspuskać!
A tym w oknach i tuz pod nimi nakazywali:
- „Mołczać, psubraty, mołczać”
Domknęła okno, bo dym szczypał w oczy. Wiedziała, że tej nocy już nie uśnie. Dobrze, że choć Aniela nie zbudziła się. Gustaw tylko przykucnął na łóżku i chyba pierwszy raz od rozstania z matką, zaczął płakać. Owinął ramionami głowę, żeby żaden dźwięk, siąknięcie nie wydostało się. Nie usłyszał otwieranych drzwi, dopiero, kiedy Ewa zbliżyła się do niego i przysiadła na brzegu łóżka zobaczył, że nie jest sam. Cofnął się pod ścianę, zawstydzony, próbował ukryć łzy, ale nierówny jeszcze oddech, zaczerwieniona, zapuchnięta twarz mówiły wszystko.
- Nie bój się. Już zawsze będziesz z nami – powiedziała miękko Ewa. Tyle czasu był z nimi, Ewa pamiętała jego jako małego chłopczyka, sepleniącego, z wiecznie poturbowanymi kolanami i naraz zdała sobie sprawę, że to wcale nie aż tak dużo czasu minęło. Bynajmniej nie na tyle dużo, by zdążył wydorośleć. Patrzyła na dziecko. Chyba pierwszy raz od wyjazdu Berty zobaczyła jego. Chłopak wtulił się w jej suknię, tak mocno, że przez chwilę kobieta wystraszyła się, że upadnie. Ale nagle teraz, tej strasznej nocy doszło do niej, jak ciężko jest temu dziecku, jaka dla niego to tragedia.
Noc była jeszcze głęboka, ale w wielkim domu już nikt nie spał. Wszyscy skupili się w kuchni. Usytuowana od strony podwórza nie budziła podejrzeń, choć na wszelki wypadek zasunięto szczelnie zasłony, a na stole postawiono świecę, ledwie co tlącą się już. Ewa rozgarnęła dogasające się berwiona, które najpierw nieśmiało zażarzyły sie, a zaraz też roznieciły się, trzaskając przyjemnie, wyrzucając pojedyncze iskry. Zdjęła z paleniska kilka fajerek, postawiła czajnik. Za chwilę też kuchnię wypełnił zapach herbaty, której resztki przez lata niedosytu uchowały się. Siedzieli wszyscy w kuchni i mimo tego nagłego wybudzenia, tych głosów złych dochodzących z ulicy, tych języków ognia liżących zapalczywie każdy metr mieszkania Ewy, siedzieli w tej kuchni związani ze sobą, zdani na siebie i chociaż milczeli, to żadne z nich nie czuło się nigdy tak dobrze i swojsko.

Nie minęło kilka dni, kiedy to jeden z radzieckich żołnierzy, zapukał do drzwi. Kołatał stanowczo i niecierpliwie. Aniela ze strachem w oczach poleciała po matkę.
- Mama! Ruskie przyszli, pewnie po rektorową, albo i gorzej, po Gustawa. Nerwowy dreszcz przebiegł po twarzy Ewy. Obtarła ręce w fartuch i poszła do drzwi. W istocie za drzwiami stał Rosjanin.
- Czto prajzaszło? – spytała dumnie Ewa, patrząc żołnierzowi prosto w oczy. Mężczyzna był bardzo młody. Musiał speszyć go nieco butny wygląd kobiety. Z resztą widać było po nim zmęczenie. Kto wie, co w życiu przeszedł. Mężczyzna zasalutował z gracją i powiedział.
- Izwienicie pożałujsta. Eta zieńsszczina zdzieś budziet żić.
W tym momencie zza pleców wysunęła się postać kobiety. Była w jej wieku, a może i ciut starsza. Za nią niczym w zabawie pociąg doczepione były dzieci. Dziewczynka może taka jak Gustaw, może i nie oraz chłopiec. Mógł mieć na oko z sześć lat. Dzieci trzymały się kurczowo matki, na której twarzy malował sie wyraz wielkiego upokorzenia i jednocześnie taka wielka prośba, którą zdawało się być niemal słychać, choć słowem się nie odezwała. Ale jej twarz, niespokojne wejrzenie i rozedrganie całej sylwetki zdawało się krzyczeć. Że ona wie, i rozumie, że nie można tak nagle zwalić się komuś na głowę. Nie planowała tego. Nie zamierzała. Komendant wysłał tego chłopaka. Jakiż tam z niego wojak? Nawet wąs mu się pod nosem dobrze nie zakręcił! Ale grzeczny taki. I niech się Ewa na nią nie złości. Żadnego kłopotu z nią nie będzie miała ,, bo jak tylko Teresce kaszel minie, jak tylko trochę odpoczną, to pójdą sobie”. Bo mają dokąd. Niedaleko nawet. Tylko musi jeszcze sobie to wszystko poukładać. Mąż zginął pod Studziankami. Jeszcze nie wierzy. I czeka. Jak ta głupia składa ręce wieczorem do Boga. Tego, co to jej męża najpierw od niej zabrał, i tegoż samiutkiego, co to go gdzieś pośród zawieruchy wojennej pogubił. I ona teraz co wieczór błaga, żeby to ten sam miłościwy Pan Bóg, któremu wybaczyła, bo przecież Bogiem wszechwiedzącym i wszechmocnym jest, a nie byle bubkim, no i byle On siły wytężył, swoje moce uruchomił i męża jej wrócić raczył. Ale… dzisiaj ten oficer radziecki pogratulował jej. I za zasługi męża, za jego ofiarę na „ołtarzu Ojczyzny” i nakazał tu zamieszkać. Wygodnie. Ale ona nie! Niech się Ewa nie zamartwia. Ona tylko nabierze sił. I ten kaszel Tereski ustanie. I odejdzie.
I stało się jak przyobiecała wdowa. Niedługo po Wielkanocy, gdzieś zaś w tydzień po świętach zajechała pod dom fura. I rosły chłop z niemniejszym synem zapakowali wdowę i jej dzieciaki na wóz. Cały historyczny bałagan!
Miasto lizało rany, cerowało dziury. Wszak Miasto tyle razy ukrzywdzone miało swoje prawo do spokoju.
Przybywało Polaków. Była to najpierw garstka kilkudziesięciu osadników wojskowych i kilka kobiet cywilnych. Z nich też w większości powołał radziecki komendant władze. Potem już ciągnął się ów exodus jednych i drugich, aż w końcu ulice zakwitły biało – czerwonymi flagami.
Było to pod koniec lipca. Życie normalniało, choć tak ciężko jak teraz nie było Ewie bodaj jeszcze nigdy. Brakowało wszystkiego, jedzenia, cukru, nie było światła. Gustaw znosił skądś wszystko, co mogłoby się przydać, ale coraz niechętniej wychodził z domu. Miasto zmieniało się. Ulice przybierały polskie nazwy, nie tak dawne sklepy wołały zrobionymi naprędce szyldami. O zmierzchu wychodzili czasem we trójkę nad jezioro. Tylko ono nie poddawało się historii, tkwiło niezmiennie, otulone lasami, choć i one wydawały się mniej zielone i gwarne. Jakby to nie było lato i nie wróciły jeszcze ptaki, co to wyleciały za morza jesienią. I jakby cała zwierzyna uciekła do matecznika w puszczy, gdzie oprócz człowieka schowała się całą materia ożywiona świata z dala od tego wojennego zgiełku. Nie czas było łódkom pływać, nie czas spacerować wzdłuż dawnych murów.
Na rynku dziewczyna na fontannie wciąż z tym samym zacięciem odganiała natrętnego gąsiora, osłaniała twarz przed napastnikiem i przed całym światem. Północna i południowa pierzeja rynku leżała zgruzowana, powalona, pozbawiona dumy, bezkształtna masa. Kobieta załkała, ale widząc przerażenie w dzieciakach, zaraz powstrzymała się. Od frontowej części placu, gdzie, zdawało jej się tak niedawno rozmawiała z Rohte, dostrzegła przygarbioną postać Gertrudy Durnheim, która chyłkiem przemknęła za winkiel, ale zaraz wróciła. Zachowywała się niczym przestraszona mysz, dreptała w miejscu, to znów kilka kroków w przód i znów kilka do tyłu. Obracała się, wodząc zeszklonymi oczami wokoło, ale Ewa była niemal pewna, że nic nie widzi, bo kiedy podeszła do niej, Niemka podskoczyła, mimo że przez cały odcinek, jaki pokonywała Ewa patrzyła w jej stronę, krzywiąc usta, co to być może chciały się uśmiechać.
- Pani Trudo! – odezwała się Ewa, chwytając dwiema rekami za ramiona. Ale kobieta sprawiała wrażenie oszalałej. Odczepiła ręce, zaciskając palce na dłoniach niemal do krwi.
- To wszystko przez ciebie, przez takich jak ty! To wszystko przez te polskie kurwy! – syczała Niemka.
- Pani Trudo! Niech się pani uspokoi! Co pani chce zrobić? Pomogę. Pani Gertrudo! – Ewa nie zamierzała się obrażać, nie odchodziła. Może gdyby nie te pozbawione wyrazu oczy, ten strach i owo skurczenie się… .Może wówczas uciekłaby od tych obelg, tego wyklinania, ale przecież lubiła tę kobietę. Za wszystko. Za tamte przemilczanie i za przypadkiem wrzucone bułki.
W tym samym momencie Gertruda Durnheim jakby się opamiętała. Przystanęła w miejscu, utkwiła wzrok w Ewie, pomierzwiła ręką włosy, i Anielki, i Gustawowi i powiedziała spokojnie. Głosem ściszonym, ale wypełnionym bólem i smutkiem:
- To już koniec, pani Ewa! To już koniec. Nie koniec świata. Ten się będzie toczył. To mój koniec! Jestem jak wyrwane drzewo. Nie! Pani Ewa! Nie wyrwane! Gdyby tak, może pozostały choćby jeden maluśki korzonek, mała niteczka zdolna zaszczepić się w nowej ziemi. A tu nie! Ścięte! Ściachane! Odrąbane. Tępo! Już wszystkie soki wypłynęły. Te, co to krążyły we mnie tyle lat… – Ogromny szloch wstrząsnął piersiami starej kobiety. Przywarła twarzą do dłoni, zamknęła się w nich cała, tylko strugi łez przepływały przez nieszczelne palce.
Ewa rozglądnęła się dokoła. Nie chciała, by ktoś je widział. Nie ze strachu żadnego, ale bała się, by nie usłyszeć żadnego głosu z bramy, czy z pouchylanych okien. Objęła kobietę ramieniem, drugą ręką wycierała mokre ręce Niemki.
Od strony zachodniej rynku dało się słyszeć stukanie koni. Echo niosło się je przez rynek.
- Prrr! Grot! Prrr! – usłyszała znajomy głos.
- Heinrich? – zdziwiła się Ewa, ale ucieszyła się jakby pojawienie się starego znajomego nieoczekiwanie miało zwiastować koniec kłopotów. Mężczyzna zeskoczył z wozu. Mimo swoich ponad sześćdziesięciu lat był zwinny niczym młodzian. Uściskał Ewę, zagarnął dzieciaki, jednej i drugiemu wycisnął wielkiego buziaka na czole.
- Heniek! Niechaj teraz natenczas będzie Heniek, pani Ewa. Tak będzie lepiej. Nie o siebie się lękam, nie o siebie.
- Nu Gerda! – zwrócił się do kobiety, która obciągnęła bluzkę, zawiniętą i pokazującą krągły brzuch, tak że przez moment poczuła się zawstydzona. – Gotowaś?
Niemka pokiwała głową i zaraz odeszła na bok, by na sekundę zniknąć w bramie, z której wyniosła tobołki. Było tego niewiele. Ewa poczuła, jak coś ją ściska za gardło. Całe życie i tylko tyle po nim. Było jej wstyd nie wiedzieć za kogo. Za siebie, za nowe czasy, za wojnę, która przetoczyła się obok, ale i tak wyciągnęła macki po Miasto. Wstyd wpełzał na twarz, a potem wnikał do środka. I nagle Ewa poczuła się winna całemu temu dziejowemu rozgardiaszowi.
Heinrich zapakował Gertrudę na furę i zaraz świsnął batem. Grot ruszył stępa.
- Czas jechać, pani Ewa! Będziem blisko. My już za starzy, by szukać nowego miejsca w świecie. Bedziem tu niedaleko. Może i czasem uda się posiedzieć jeszcze nad wodą i popatrzeć na łabędzie. Może i one wrócą kiedy. Już widziałem jedną parę niedaleko wyspy. Trzeba czasu. Do wszystkiego trzeba czasu.
- Dalej Grot! Wiśta!



słowo odautorskie:

Powiedziałam kiedyś: „Kobiety… Fascynują mnie kobiety. Jako temat. Wszystko, co jest ważne, ineteresujące, niebezpieczne, czy w jakikolwiek inny sposób pobudzające emocje, cały ich arsenał – od miłości, po nienawiść, wiąże się ze światem kobiet i tylko one umieją je ukazać. Mężczyźni kryją się, zaskorupieni w sobie niewiele pokazują, choć to oni są owymi prowokatorami i pod ich wpływem wyzwalane są owe emocje. Tak wiec świat kobiet jest niewyczerpanym źródłem tematów. Wprawdzie powiadają, że Szekspir napisał już wszystko i tak w istocie pewnie jest, bowiem jestem przekonana, że już nic ponadto co jest nie istnieje, cokolwiek pomyślimy, zdrada, miłość – taka, siaka, z różnymi zakończeniami, w różnymi zwrotami akcji, między różnymi osobami, czy też nie tylko osobami, wszystko! – zapewne znajdziemy tego literacki, filmowy, malarski przekaz. Bo inaczej być nie może, skoro człowiek rodzi się z takim samym garniturem emocji. I to gdzie żyjemy, z kim, jak i tak dalej wyzwala poszczególne z nich. W różnym czasie, w różnym natężeniu, różnie długo. Jesteśmy więc kombinacją tych emocji. Skład ich zapewne jest stały, a tylko to że posiadamy ich różne ilości, decydują o różnorodności, konstytuują nasze życie”
To się nie zmienia. Jestem autorką czterech powieści wydanych ( napisanych jest więcej): Tonia, Spotkania przy lustrze, Kobiety z sąsiedztwa i najnowszej Tam, gdzie twój dom, która będzie miała swoja premierę 4 lutego. Wszystkie powieści ześrodkowane są na kobietach. I choć w sposób oczywisty pojawiają się w nich mężczyźni, to stanowią po prostu swoisty kontekst dla opowieści o kobietach.

Najnowsza powieść to historia trzech pokoleń kobiet, których los został wprzęgnięty w historię kraju. Główna bohaterką jest najmłodsza z nich Róża Kanenberg, która wyjeżdża z rodzimego Miasta na studia do Szczecina. Uwikłana w znajomość z dobrze sytuowaną Agatą, stara się żyć swoim życiem, zapominając o rodzinnym domu, w którym pozostaje jej bliźniacza siostra Stefania oraz babka z matką. Po którejś z imprez, kiedy to Róża zupełnie nie pamięta żadnych zdarzeń, podejrzewając jednak, że mogło się tam „wszystko” stać, postanawia za wszelką cenę wydobyć się spod wpływu bogatej przyjaciółki. Wyprowadza się do niewielkiego mieszkania i tam próbuje rozpocząć nowe życie.
Los jednak płata jej figla i dziewczyna wikła się w romans z wykładowcą. Owocem tego związku będzie ciąża. Róża Postanawia usunąć to dziecko i wybiera się do lekarza, ale już pierwszy kontakt z obrzydliwym ginekologiem odwodzi ją od tej myśli. Róża, nic chcąc powrotu do Miasta, zamieszkuje z przypadkowo poznanym Sławkiem. Przez chwilę wydaje się, że każdemu z nich podoba się taka swoista „zabawa w dom”, jednak i tym razem dziewczyna wycofuje się, postanawiając zmierzyć się z tym, co ją czeka. Wyjeżdża na wieś jako nauczycielka polskiego i tam żyje… .
Po latach wraca do Miasta, by odziedziczyć dom. Dom, który nie lubił mężczyzn, ale paradoksalnie brakowało w nim ich. Dom, który jej babka zajęła, kiedy Niemcy opuszczali Miasto, w którym się urodziła - ona i jej bliźniacza siostra… i na dobrą sprawę wszystko się zaczęło…
Historia Róży toczy się w konkretnym świecie, przeplatana jest zarówno epizodami z życia osób jej bliskich, jak również wydarzeniami historycznymi, które to odegrały istotną rolę w ich życiu. Jest tu więc i sprawa ziem odzyskanych, polonizacji Niemców, jest obraz koegzystencji Niemców i Polaków, ale i przesiedlenia, i 68, i 76 i wiele innych zdarzeń, które przenoszą czytelnika w konkretny świat, ukazują pewne żywe miejsca, zjawiska… . Bohaterki to postaci z krwi i kości, których przedstawiłam, nadając im rysy autentycznych osób żyjących w Mieście, natomiast cała fabuła nie nurza się w historii, ale nie pozostaje wobec niej obojętna.


więcej -
http://www.proszynski.pl/Tam__gdzie_twoj_dom-p-32140-.html

Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
6,020,114 Unikalnych wizyt