Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

21 marca Światowy Dz...
Dobranocka nieco str...
kobieco
Dominka Lewicka-Kluc...
WIERSZE NA WSKROŚ MI...
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

Patryk Chrzan
Patryk Chrzan - rocznik 77, ur. w Sosnowcu mieszkaniec Dąbrowy Górniczej. Nieortodoksyjny Zagłębiak. Politolog, dziennikarz, wierszopisarz, Kilka nagród i wyróżnień w konkursach poetyckich i TJW. Publikacje m.in. w "Akancie","Nowym Zagłębiu","Śląsku", "SOSNarcie",internetowym wydaniu "Odry","sZAFa","Kofeina Art Zine". Recenzje w "Akancie","Nowym Zagłębiu","Metaforze","Migotaniach", "ProLibris" oraz "Inter-". Autor arkusza "Postrzyżyny" - Tarnogórska Fundacja Kultury i Sztuki oraz tomu "Przekazy podprogowe" - Miejska i Powiatowa Biblioteka Publiczna w Będzinie. Finalista 8.Połowu - projektu Biura Literackiego we Wrocławiu. Członek Dąbrowskiej Brygady Poetyckiej, współorganizator Poligonu Poetów.



TWÓRCZOŚĆ:



spóźniłem się dziś


kilka tygodni. klucz wrósł w kieszeń,
zamek nie odpowiada. kilka słów
pod wycieraczką. coś o błędzie

klamka wyraźnie drgnęła
wizjer zareagował nerwowo
stwierdziłem brak. śladów włamania

***
spóźniłem się dziś, wyszedłem listopadem
wracam z końcem lutego. zimowy czas jak bryłki lodu
rozpuszczone w wiadrze sprzątaczki

nie jesteśmy do siebie podobni, nie przyciągają nas żadne siły
ona pracuje nad ranem - ja żyję nocą, gdy otoczenie
jest w trybie czuwania a temperatura nastawiona pokojowo

w poniedziałki nieświadomie. zaciera moje ślady
***
spóźniłem się dziś,
wyszedłem zbyt późno i nie widać powrotu.

wszystko zamknięte, jakby oczekiwanie
na remake ostatnich lat z większym budżetem
i bardziej doświadczonymi aktorami

wiesz, że ryby nie trzeba zabijać młotkiem
wystarczy zmiana ciśnienia?

zostanie ślad łuski




martwy bieg, jałowy sezon


turyści kolonizują plaże. Hernan Cortes
w szortach, konkwistadorzy z leżakami
wycinają wiatrochronami puste prostokąty

nie potrafimy się tak zająć, ogień ginie na piasku
trudniej stawiać kroki; intymność szybko wsiąka,
pod parasolkami projekcja bollywoodu

młode Niemki nie mają nic do ukrycia, cieszą się
zimnym morzem. najeźdźca z lornetką oblizuje szkła

linia brzegowa - linią życia, fale są konsekwentne
ruchy górotwórcze ustały. weźmy się w nawias
podnosząc do potęgi lat, symulując tsunami
prawd ostatecznych. stare małżeństwa
nazywają to śmiertelnością uczuć

a może uwierzyć w niekończące się lato miłości, Hendricksa
grającego naszą melodię na białym Stratocasterze?
w zaciśniętych pięściach nawet kamienie mogą skruszeć

turyści kolonizują knajpy przy promenadzie
nocny przypływ zakrywa stary falochron
muzyka gra do ostatniego klienta




susza

obniża poziom mojego strumienia
świadomości. tracę ją i ciebie. wiem, musisz być mokra.
seks z bałwanem jest prastarą jakucką metaforą przemijania

nasz wspólny głos niósł się w dolinie,
lecz wszystko przeszło bez echa, jak obcy oddział
wojska w rynsztunku wkraczający do mieszkania

ktoś rzucił białą różę na pancerz
był bez grzechu

teraz naśladujemy echo
które nas nigdy nie poniosło

biegniemy za nim
na przełaj przez jeżyny




jesień adagio


twój zapach przemarzł. odszedł za nieodległe morze
do kraju gorącego, jak niegdyś trawa pod plecami.
twój brzuch jest jeszcze letni. nie zbliżajmy się

nosami. są zdradliwe, rosną całe życie.
nadchodzi czas katarów, czuję mniej.
cień mam dłuższy i cieńszy, rzuca się

na ściany, świeżo malowane. jakby szukał dziury
wyjścia z getta. żyję w tym cieniu, jak pod koroną
dawno ściętego drzewa. ukryta w zbożu puszczasz
w oczy zajączki: oszczędzaj lusterko i uśmiechy

przed snem zamrucz: dream a little dream of me
i możesz pomyśleć, że zmawiasz dla mnie modlitwę

twój zapach stał się myślą rozebraną ze słów
rozmyśliłem się. na wszystkie strony




wyprawa na północ


Don't hate me, I'm not special like you

Porcupine Tree


wyczekiwałem na ciebie jak chłopczyk
na pierwsze wejście do morza. piasek w oczach
otarcia o ostre kamienie, oparzenie meduzy

dotknij mnie szelestnie, jak nóż dotyka ciała,
nakłuj i wymość zapachem. jestem ciułaczem
skinień, komiwojażerem bez krztyny wstydu

przyłóż głęboko łokieć, zbadaj temperaturę
jak ojciec sprawdza kąpiel dla dziecka

w każdym początku zawiera się definicja końca
mówisz - a w ustach w trybie slow - motion
wybucha bezśnieżna zima, marznie jezioro

przytul mnie choć między wierszami
nie jestem nikim wyjątkowym




apostazja

M.N

świat niczego od ciebie nie potrzebuje. istniejesz,
jak linia odkreślająca wynik odejmowania, ubywająca
i niebywająca, obejmująca niewłaściwych mężczyzn

życie będące przeżytkiem, przeżute i wyplute,
jak garstka tytoniu konsekwentnie niszcząca szkliwo.
tracisz uśmiech i zaczynasz się wstydzić. jak śmieszna jesteś
pod moim oknem, jaka przezabawna pod okiem dozorcy,
widzi cię kotem na podwórku, muzykantem na harmoszce.

chciałem zejść i wywlec cię na drugą stronę ulicy
oddać w ręce kataryniarza albo ostrzyciela noży
ale nie ma już takich ulic, nie masz drugiej strony
i nie mam okna z widokiem na ciebie. jesteś snem

o kruchym cieście, a mnie ogrzewa ławica ryb.
twój cichy płacz z głębin oddaje mi siły, drapie zimnym
paznokciem za uchem. jestem tym światem i szkliwem

przełykam ślinę. skłamałem




szamanka

widzę się idącego podwórzem, odciągam skrzydło
bramy, wychodzę na ulicę. ocieplę postać w słabym blasku
staromodnej latarni, wpadnę pod ciężarówkę z wadliwymi meblami

czy to przypadek lub kolejna liczba po przecinku, że nie wiem
zakochuje się w tobie czy w twoim wyobrażeniu? portrecie
trumiennym, kropkach i kreskach na zaparowanej szybie.

u wyjścia zgubiłem coś podobnego do wyrwanej kartki
z zeszytu sześciolatka. wypadają krzywe litery
linie nie trzymają pionu, słowa poziomu

na dachu kotłowni zobaczyłem kominiarza
wyrwałem kolejny guzik i nie mogę się zapiąć.
wbiegam na wzgórze, które nie ma szczytu

wypędzała strach lejąc do miski wrzący ołów
stwarzała czerwony wiatr, przywracała płodność




mój anioł stróż


jest senną dziewczynką z porażonym aparatem mowy
porozumiewa się wymownym spojrzeniem, znakami
wycinanymi z papieru. umie narysować dom i ptaka

w nagłych wypadkach wstydzi się kopnąć w kostkę
to nie przystoi damie, składa tylko rączki i popłakuje

w zasadzie może być także chłopcem, ale wolę żyć
przekonaniem, że rośnie przy mnie kobieta

że maleje we mnie strach




przejście przez sień – grudzień 81


krajobraz powoli przeciera się, ze zdumienia
badam mroczną sień, zamieszkaną do dzisiaj
przez coś nieuchwytnego, pulsującego na ścianach

schody prowadzą pięć metrów w dół, w sterylną zimę.
pierwszy raz sam na podwórku, garściami zagarniam
miękki śnieg i wsuwam do ust, jak lody waniliowe.
czysty bezbarwny smak. na twardej glebie stężały
pancerz żuka, trumienką kryjąca resztki ciała

niedaleko jest rzeka, w której dziadek łowił miętusy
a ponad nim Dorniery leciały kluczem nad Kraków,
teraz budowaną obwodnicą za rzeką suną czołgi.
obaj jesteśmy zbyt mali, aby bać się naprawdę

one są jak dzikie zwierzęta, nie zbliżą się same
nie pogryzą wyciągniętej ręki. przyjazne w bajkach
nie zważając na nas - przechodzą do historii,

kawałki śniegu w dłoniach, zamieniają się w wodę.
boleśnie drętwieją palce - pierwsza zmiana
stanu skupienia. klucz wypadający z drzwi




postrzyżyny

zmarli nie mieszkają za rzeką, a po drugiej stronie
jeziora porośniętego sitowiem. nie trzeba przekraczać,
wystarczy obejść, wydeptać ścieżkę w wysokiej trawie

jak daleko możesz się posunąć? do brzegu
miał już tak blisko. nigdy go nie odnaleziono
do trumny włożyli ulubioną zabawkę:
pożądałem jej i bałem się o ślady

ta woda nie wyrzuca ciał, one stają się wodą
kiedyś wyjdzie na pole, zniknie druga strona.
czy takie będzie zmartwychwstanie? następni
zbiorą plon mieszczący się w dłoni, coś
niepodlegającego przekładom

dziś myślę o tym z dystansu, coś myśli o mnie z bliska
patrzy w tył głowy, jakby chciało dotknąć włosów
tamtych mokrych ściętych włosów




biegiem na skraj – kwiecień 86


Idziemy na skraj a niebo jest tuż

Siekiera - Idziemy na skraj


nie pamiętam smaku tamtego powietrza,
a przecież zużywałem go znacznie więcej.
wracałem ze szkoły okrężną drogą, jak nomad
nie tęskniący za dachem i programem TV.

zrzucaliśmy pierwsze skóry, wytarte na łokciach
i kolanach, wygarbowane słońcem jakby dotkliwszym
tamtej wiosny. przechodzimy pierwszą zmianę czasu,
a czas przechodzi przez nas, jak szpilka przez chrząstkę

w zagajniku bawimy się w wojnę. biegnę piaszczystą aleją
przeświadczony jak inni o nieśmiertelności, trafiony
plastikowym strzałem snajpera - odpadam z gry.
twarzą nurkuję w mech, w czerwony odcień trawy.

nie pamiętam kolorów tamtej wiosny, prócz bladości
najsprawniejszego z nas, gdy zemdlał podczas przerwy.
rozcięta warga nabrała koloru, pulsowała jak myślnik
rozdzielający daty urodzin i śmierci. jeszcze rósł,

a my czuliśmy lekkie tąpnięcia w powietrzu
nawet owady traciły orientację w locie

alejka zarosła asfaltem, przemykam wieczorem
zasłonięty szczelnie przed wschodnim wiatrem

a czasem, obawiam się nagle oderwać wzrok od ściany
i odwrócić, tak przypadkiem. bieg zdarzeń




stypa

wydeptując ścieżkę do rajskich jabłek odkryłem Amerykę,
kąpiącą się w jeziorze, o włosach poskręcanych jak pukle
pięknej żydówki, wypełniające siennik żołnierza Wehrmachtu

zbliżałem się do brzegów, poszarpanych jak odłamkami
a potem tylko karetka w białym obłoku. jeden świadek
i pielęgniarze o twarzach mężów stanu

z wystających stóp opadał schnący piasek
krople spływając po udach zasilały coś, co śpi
niespokojnie w trawie, pod śniegiem, asfaltem

dziewczynki rzucały płatki róż w Boże Ciało
pamiętam: śmierć w czerwcu była młodą kobietą
jabłkiem w czerwonej skórce, ledwo draśnięte zębami

ślady piasku mrówki zbiorą po ziarenku, zalęgną się komary
jadłem wtedy maliny obok jeziora, pocąc się jeszcze bardziej
są bardzo nietrwałe a sezon krótki. z pestek jabłka wyrósł garb




odległa paralela – czerwiec 89


Shiny happy people holding hands

plakat propagandowy na Placu Tiananmen




czyja złotówka bliżej dołka na zadeptanej ziemi?
sprawa nie warta linijki pamiętnika, nie pamiętam
warta żywego języka, emocji pokonujących głód,

monety płaszczone kołami wagonów z węglem,
zbyt lekkie, aby służyć za przyciski do papieru.
wyprawa na daleki wiadukt czyniła bohaterami

może wtedy chińska dziewczynka na urodziny
jadła podwójną porcję ryżu, bardziej ciesząc się życiem,
choć nie była chłopcem. miała wystarczająco małe stopy,
aby służyć za wzór, a wzorce są najważniejsze

nad placem zaprowadzano niebiański spokój. dzień
rumienił policzki, w ustach królował posmak wedlowskich
czekoladek po dniu dziecka. ona nie otwierała szerzej oczu,

jeszcze nie mówiła. moczyliśmy wtedy kije nad stawem,
widziałem lustro, nie widząc toni. była na wyciągnięcie głosu
Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
6,118,523 Unikalnych wizyt