Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

Daniel Czepiński
Międzynarodowy Dzień...
21 stycznia - Dzień ...
Jarosław Kapłon
16 dni Kampanii Prze...
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

16 dni Kampanii Przeciw Przemocy Ze względu Na płeć
16 utworów na 16 dni
Kampanii
Przeciw
Przemocy
Ze względu
Na płeć




LITERACKI SPRZECIW





1
MILENA RYTELEWSKA

Trzy


Najpierw była Lucy. Rdzawa kulka z parą małych, bystrych uszu i czarnych, lśniących oczu. Jedni mieli psy, koty, inni rybki czy żółwie – ja miałam ją: chomika. A ściślej chomiczkę. Moje pierwsze, wymarzone zwierzątko. Kochałam ją i chciałam pokazywać ją światu.
- Wezmę ją na spacer – nalegałam.
- Nie możesz, to chomik – protestowała mama. - Z chomikami się nie spaceruje.
- A właśnie, że się spaceruje!
- Nie.
- Ale nikt mi nie wierzy, że mam chomika!
- To zaproś ich do nas.
- Wszystkich?!
Tego dnia postawiłam na swoim. Gdy tylko mama odwróciła wzrok, schowałam Lucy do kieszeni kurtki i wymknęłam się na dwór. Byłam szczęśliwa a Lucy była rozchwytywana. Choć wcale nie wydawała się z tego powodu zadowolona. Przeciwnie - w jej dotychczas ciekawskich oczach, nagle pojawił się strach.
- Teraz ja, teraz ja! – krzyczały dzieci.
- Nie, teraz JA – oznajmiła Ola, podwórkowa gwiazda; dziewczynka, o której sympatię zabiegałam od dawna.
Lucy skuliła się. Tak bardzo, że przez chwilę miałam ochotę zanieść ją do domu i utulić w bezpiecznym terrarium. Wtedy jednak Ola wyciągnęła ku niej ramiona. Już, już miała ją złapać, już ją trzymała – gdy Lucy poruszyła się gwałtownie, wyrwała mi się z rąk i pacnęła o ziemię.
Leżała.
Drżała.
Przez minutę czy pół.
W końcu znieruchomiała.
Podniosłam ją.
Miałam wtedy siedem lat.

Pięć lat później przyszła kolej na Daisy i Emy – znów chomiki. Chomikową mamę i córkę. Dostałam je na urodziny. Zaprzyjaźniłam się z nimi natychmiast. Innych przyjaciół nie miałam. A bardzo ich potrzebowałam, bo w moim domu rządził wtedy On – mój Ojczym, który mnie nie znosił, krytykował i karał na każdym kroku. Za co? Za wszystko. Za to, że byłam. Sprzeciwiałam się, buntowałam – wtedy on karał mnie jeszcze bardziej. Nie, nie fizycznie – znał lepsze, znacznie bardziej wyrafinowane sposoby.
Czym zawiniłam tamtego poranka? Nie wiem, nie pamiętam. Może nie zjadłam śniadania, może nie odłożyłam książki na półkę, może źle spojrzałam, może…
- Pożałujesz tego! – wrzasnął. – Bierz terrarium, idziemy do lasu!
Spojrzałam na mamę pytająco. Płakała. Zawsze tylko płakała i milczała - bała się bardziej, niż ja.
Podniosłam terrarium a w nim Daisy i Emy, nie wiedząc, co nas czeka. Ojczym kroczył przed nami. Ja szłam z mamą.
- Co chcesz z nimi zrobić? – spytałam przez łzy.
- To ty to zrobisz. Zapamiętaj sobie: TY to zrobisz! – usłyszałam.
Gdy dotarliśmy do lasu, kazał mi otworzyć terrarium.
- Ale one uciekną, ale ja je kocham, przecież one umrą… - rozpaczałam. – A może jednak nie umrą? Mamuś, może mają szansę, nie umrą? Powiedz mi, że nie umrą?
- Umrą – ton Ojczyma nie pozostawił mi złudzeń.
Daisy, starsza chomiczka, wyszła pierwsza. Odważnie, zaciekawiona, rozglądając się i niuchając dookoła. Po kilku sekundach podążyła za nią Emy. I zniknęły w trawie.
- No, to teraz zabieraj to cholerne, puste terrarium – wysyczał Ojczym.
(…) (…)
Jestem mordercą. Zabiłam trzy razy. TRZY.

Milena Rytelewska, 2016




2
KLAUDIA WIERCIGROCH - WOŻNIAK

Królewna Śnieżka


był z gatunku tych chłopców co to o nich złego słowa nie można powiedzieć
nie był hersztem bandy na osiedlu ale też nie mięczakiem
nie łapał żab nie dmuchał w nie jak w szklane kule
lecz patrzył spokojnie jak fragmenty jeziora pękają ze świstem

starsze kobiety potrząsały głowami echo czaszek dzwoniło na mszę
po klatkach poręczach sznurach na bieliznę

był ministrantem

sam zrobił ślady stóp Jezusa w bocznym ołtarzu na Wielkanoc
moczył stopy w czerwonej farbie i odciskał na szorstkim prześcieradle

zachwycił go ten kontrast
długo poszukiwał go
w kobietach

królewny śnieżki z chłodną skórą
uśmiechem rozkwitłym jak późna róża złapana przez mróz
oczami jak tamto jezioro pełne skrzeku

martwa natura
cicha i tylko jego





3
DOROTA NOWAK

przeszłość


postanowiła udawać że ciebie nie ma
że tylko fizycznie można zadać ból
zabawka przerzucana z rąk do rąk
pachnie dziecięcym lękiem blednie

w ogrodzie między chwastami ukryła
zwątpienie szczerość patrzy z oczu lalki
przytulanej zaborczo w zaroślach
dla zabawy wyrównania oddechu tętna

przekonuje siebie że odbity dźwięk
można zamknąć w środku pestki
ukryć w twardym pancerzu zrywać
szczęśliwie poziomki i truskawki




4
BOGDA SZYDŁOWSKA

murzyńska wioska w polskim domu z Madonną Rozpaczy

przemoc jaka przemoc
ktoś komuś kneblował usta
krępował ręce

jest z tego nauka
przecież
wszystko zaczęło się w łazience
schludnej

leciała woda
z kranu
wannna była miłą kajutą
ciepłą
jak
ojcowskie uczucia

tutaj będziemy zanurzać
ręce

patrz

ona
nie musiała nic mówić
jedynie
głęboko wciągać w płuca
powietrze

pod wodą
mieć dużo dobrej woli

kiedy boli
ojciec wie najlepiej

jak rośnie tykwa
widać
jak piersi to
znak
że można
że trzeba

uprawiać pole

zaorać
zasiać
zbierać
i w kolejności takiej

Sahara słońce oaza palmy

mamusi lepiej nie mów
że zwiedzaliśmy świat razem
zaznając tylu
przygód

jeszcze nie teraz
i tak będzie ci zazdrościła

może tej czarnej
mgły na twarzy

jak u polskiej koronowanej królowej

mamusia by nam
nie wybaczyła
że nie uczyliśmy się z nią
razem




5
KATARZYNA JAKUBIAK

Cisza w X (fragment)


Kiedy czekałam aż N. wróci z baru, zastanawiałam się, czy podjęliśmy właściwą decyzję. Gdybyśmy mieli większe mieszkanie, N. pewnie nie spędzałby tyle czasu na piciu piwa z uczniami. (...) Okna poddasza, zainstalowane tam dopiero przy ostatnim remoncie, były nachylone pod ostrym kątem i umieszczone zbyt wysoko, więc stojąc na podłodze, nie widziałam przez nie nic, oprócz ciemniejącego nieba. Żeby zobaczyć ulicę, musiałam wdrapać się na krzesło, wyciągnąć szyję i przechylić się całym ciałem, przyciskając ręce do wnęki w ścianie. Kiedy stałam w tej pozycji, wypatrując N., wyrzucałam sobie, że przy wynajmowaniu mieszkania, nie zwróciłam uwagi na ten układ okien. Gdybyśmy mieli normalne okna, może nie byłabym taka nerwowa. Siedziałabym na fotelu przy parapecie, spokojnie obserwując przechodniów i być może uliczne sceny zainteresowałyby mnie tak bardzo, że zaczęłabym o nich pisać, zapominając o N. Ale stojąc na krześle w niewygodnym napięciu, dopóki nie ścierpła mi szyja, nie mogłam o nim zapomnieć. Prędzej czy później wychodziłam na ulicę.

Na ulicy nie od razu przyznawałam się sobie, że wychodzę szukać N. Szłam na wieczorną przechadzkę, obejrzeć, jak postępuje renowacja renesansowych budynków, albo zobaczyć światła przy ruinach synagogi, które założono niedawno ze względu na zagranicznych turystów. Kierowałam się też w stronę dworca, szybkim krokiem, jakbym śpieszyła się na nocny pociąg. Dopiero na skraju przydworcowego parku zatrzymywałam się, jakby nagle dotarły do mnie własne myśli, robiłam w tył zwrot i szłam prosto do baru, w którym zwykle przesiadywał N. Czasem go tam nie było, więc szłam do kilku kolejnych barów, ale jeśli i tam go nie zastałam, unikając współczujących spojrzeń barmanów i portiera, wracałam na poddasze i zmuszałam się do snu. Budziłam się w środku nocy z pustą połową łóżka. A potem jeszcze głębiej w nocy, znowu z pustką.

Kiedy chodziłam po renesansowych ulicach, udając, że nie szukam N., najbardziej przeszkadzała mi cisza. W żadnym innym miejscu, ani wcześniej ani później, nie słyszałam ciszy tak zupełnej jak cisza nocą w X. Na próżno nasłuchiwałam odgłosów, jakie zwykle rozbrzmiewają o tej porze w miastach i miasteczkach: wycia ambulansów, rytmów muzyki z piwnicznych klubów, miauczenia kotów, ujadania psów czy szumu wiatru. Ulice X były głuche, jakby pochłonęło je wnętrze ołowianego dzwonu. Nawet moje kroki nie miały echa. Policyjne samochody patrolowały miasto bezszelestnie. Później, kiedy budziłam się w pustym łóżku w środku nocy, cisza jeszcze zwielokrotniała pustkę jak jedna olbrzymia cyfra pomnożona przez drugą. Gdybym usłyszała wtedy choćby jeden dźwięk, może łatwiej byłoby mi znieść czekanie.

N. zawsze w końcu wracał pijany i przez resztę nocy kłóciliśmy się głośno, chociaż nawet nasze krzyki i obelgi nie był w stanie rozbić ciszy. Nasze usta i kończyny poruszały się jak za szybą akwarium. W tym zwolnionym tempie N. chwytał czasem obiema dłońmi moją szyję i ściskał tak mocno, że przez chwilę z przerażeniem walczyłam o oddech. Albo uderzał w twarz z całej siły otwartą dłonią i bezgłośne klapnięcie jego ręki zostawiało piekące ślady na moim policzku.
- Dlaczego go nie zostawisz? – widziałam potem to pytanie w oczach sąsiadów, ale ich spojrzenia nigdy nie miały na tyle siły, by przeobrazić się w dźwięk słów. Bo przecież zmęczeni kłótnią o świcie zapadaliśmy wreszcie w krótki, otrzeźwiający sen, a zaraz po przebudzeniu N.mówił mi, że nigdy żadnej kobiety tak bardzo nie kochał. Żal mi było rezygnować z miłości, którą dał mi los.

Fragment opowiadania opublikowanego w zbiorze “Nieostre widzenia” (Biuro Literackie, 2012).




6
KARINA STEMPEL


Jego język

Na mojej ziemi jest kolonizator
sprawdza moje zapasy
„produkt lokalny”, jakby był
jakiś jeszcze. Chodzi i patrzy
mierzy moje ręce
pyta, czym myję włosy
Wieczorem oglądam swoje odbicie w rzece
jest inne, powiedział mi
że muszę je poznać
że bez tego nie będę sobą
Zawsze wydawało mi się
że po prostu jestem. Dzień i noc
miały swoją kolejność
teraz to się zmieniło, moi bogowie
stają się mali, a przecież
stworzyli niebo i ziemię
On zna już każdą kryjówkę
i opowiada o mnie, jakby naprawdę wiedział
Jego język zamyka mi usta

(Rok Drewnianego Konia, Wrocław 2015)





* * *

Byłeś tu może? Zaglądałeś w puste podwórka
przez dziurki od klucza wąchałeś
czym pachną ciemne sufity?
Wyblakłe niedziele, białe płócienne worki
mokre pierze? Obdarte ze skór ściany
z resztką srebrnego wałka?
Na blady świat kapie cisza
moją wiarę rozpuszcza szare mydło
Zgadłeś, Bóg to ryba
przychodząca na świat w ciepłym tłuszczu

(Rok Drewnianego Konia, Wrocław 2015)




7
MARCIN SAS

Pierwszym dowodem jest przemoc


Otwieram piwo, zakładam kastet i idę pogadać z ojcem, wychodzę z domu,
mijam migające sygnały, migające jak gwiazdy w najciemniejszą noc
ze spaceru w ciemnych okularach wolnym krokiem
w stare miejsca które nie mają już nazw.

Ładnie tu – myślę, widząc że zmieniło się wszystko, że bagno
przy malowniczej polanie, które nie miało zapachu, śmierdzi
zlikwidowaną fabryką. Tak, jednak spotkania wychodzą – dobrze, a zwykle
to ja pierwszy wychodzę, otwieram piwo

i wydaje mi się, że bywam pozytywnym bohaterem czarnego kryminału,
taka perwersja – zakładam kastet, bo jestem przesiąknięty
niezapowiedzianym deszczem, czuć tu złość: nie wziąłem parasolki –
Dziś wszystko brzmi jak cygańskie skrzypce.


tekst z książki „Bajka na godziny”




8
JAN PICHETA

nauczyły się żyć bez ciebie


isso
kwitnąca gałąź
spadający liść
zdeptany motyl

issa jest wkurwiony
biłby bardzo mocno twe cycuszki pejczem
ale tak żeby nie bolało motyla
który lubi na nich przysiąść

na moją łydkę
skoczył polny konik
zabłąkał się w łazience
pragnął odlecieć na mej nodze
w świat
strzepnąłem go
jak starą matkę
stanowczo
raz na zawsze
czy to byłeś ty
mój drogi
isso

gdy szedłem po omacku
o zmierzchu
trzeszczały łamane
skorupy ślimaków
isso
ileż było twych
wcieleń




9
AGNIESZKA WIKTOROWSKA -CHMIELEWSKA

Przenikanie. poniedziałek.


Szła tym miastem cała w czerni,
i szły kobiety wszechkolorowe,
i szli mężczyźni tak obojętni.
przysłonięte szarym szalem
niebo. lecz szła przed siebie
w trudzie prawdy - broda w górę,
biodra dumnie. deszcz pada,
nie pada, pada. obmywa ulice.
im bliżej centrum, tym więcej
czerni, im bliżej sedna, to jakoś
cieplej. krok za krokiem
w obronie życia.




10
WIOLETTA GRZEGORZEWSKA

Podciep


Ból wciąż rozprzestrzenia się pod skórą. Nie można go z siebie wydrzeć, nie można zapomnieć. Mam kilka lat i nie potrafię się schować. Wszyscy są ode mnie silniejsi, poruszają niespokojnie rękami, jakby chcieli wyszarpać ze mnie coś na własność. Ojciec krzyczy, że jestem podciepem, w dodatku pierońskim. Nie rozumiem tych słów, tak samo jak tego, dlaczego w wakacje, po odpuście, zbił mnie do krwi wojskowym pasem. Może coś zrobiłam nie tak, rozrzuciłam jego spławiki albo on zrobił to ze strachu, że niechcący zdradził mi po pijaku swoją tajemnicę? Babcia bije mnie dla zasady, ścierką, witką, nalewką, wszystkim, co akurat wpadnie jej w ręce, z otumanienia, przez niedoczynność tarczycy. Nauczycielka bije linijką po palcach, dłoniach, bo nienawidzi swojej pracy, chłopcy podglądają nogę, biją witkami, macają w szkolnej kotłowni, nacierają twarz śniegiem na boisku przed szkołą, dlatego że jesteśmy bezbronną dziewczynką. Tylko dziadek, który musiał zabijać podczas wojny, nikogo bić już nie zamierza, bierze kilof, szpadel, łopatę i ukrywa się w kamieniołomie za stodołą, gdzie umazany po uszy w glinie, godzinami wykopuje kamień wapienny. Sfrustrowana życiem mama, która chodzi do pracy na dwie zmiany, bije najczęściej - prawie za wszystko. Pewnego popołudnia zauważa wesz na moim kołnierzyku i uderza mnie tak mocno w plecy, aż zataczam się przy rozgrzanym do czerwoności piecyku, a ponieważ mam niewiele lat, zaczynam podejrzewać, że jako podciep mam złą, zbyt słodką krew i wszy legną się w moich włosach samoistnie, z tego powodu zaczynam ciąć sobie ręce szkłem. Mama polewa moje rany wodą utlenioną, zakleja plastrem, przeprasza, całuje w policzki i rozmasowuje mi plecy, grzeje wodę i w kłębach pary szoruje mi głowę. Potem wyczesuje wszy gęstym grzebykiem na Trybunę Ludu i zgniatała je paznokciem na łysinach dygnitarzy. Kiedy zauważa, że wciąż mam we włosach gnidy, a desperacki zabieg wyczesywania nic nie pomógł, bierze rower ze stodoły i jedzie cztery kilometry do gminnego miasteczka apteki, gdzie kupuje śmierdzący, jak środek na stonki, specyfik, smaruje nim moje kręcone włosy, obwija głowę chustką i każe siedzieć w niewygodnym turbanie pół dnia na strychu. Głowa swędzi i piecze. Czas dłuży się na pajęczynach, które zwisają ze stropu. Po dwóch godzinach, podczas których bawię się w chowanego z kotem, rysuję paluszkami po zakurzonej podłodze, układam z odłamków lustra mozaikę i zaglądałam pod plandekę, gdzie biegają skorki, butwieją jabłka i wschodzą seledynowe kiełki owsa. Na sznurach schną pachnące Polleną ubrania i babcine zioła: mięta, szałwia i wrotycz. W wiązkach makówek gasną odcienie zieleni, fioletów i błękitów. Gołębice włażą do gardziołków piskląt. Nagle zza pustej beczki wynurza się popychany przez pręgę światła pękaty, opasany czerwoną taśmą jak szambelan, worek z pszenicą.

– Podciep, podciep! – szepczą makówki .

– Pog-pog ciep, pog-pog ciep – powtarzają gołębice.

Przestępuję z nogi na nogę, kiwam się na klepisku jak ogłuszone łopatą szczenię, potem chwytam metalowy pręt i pamiętając wszystkie uderzenia, wszystkie ciosy, wszystkie razy, szarpania i klapsy, grzmocę worek tak długo, aż juta pęka. Przez otwór wycieka złoty strumień ziaren.




11
KATARZYNA ZWOLSKA - PŁUSA

isis hekate diana


jestem starszą panią, której palce pachną
połyskiwaniem jak stare zdjęcia
(kiedyś zdjęcia były klejnotami chowanymi
pod bluzką. dziś nasze twarze świecą jak szkło
i plastik. zdradzają się pod ubraniem,
nie przylegają do ciała i nie potrafią
poruszać się jak pierś).

jestem dorosłą kobietą ze smartfonem,
termicznym kubkiem i płaszczem max mary.
unoszę się w powietrzu jak proch
z odwapnionych kości. przebywam
tu na zasadach metafizyki: niby-cień
twojej matki, babki i dziewczyny.

jestem kobietą-matką z otwartym łonem
i guzami w formie guzików - tak ukazuję
się światu, bywa że ostatecznie.

jestem dziewczynką z jasnością między
udami i jasnym komunikatem – nie rób
mi tego więcej.

w trójcy jedyna, prawdziwa zmieniam się
w co tylko chcę i jak tylko chcę. a świat
przyjmuje mnie z otwartymi ustami.




12
MAGDALENA WĘGRZYNOWICZ-PLICHTA

Wydra


„Byłam do wynajęcia… Byłam sprzedawcą, ochroniarzem.
Robiłam wszystko. A do tego dorabiałam na cipce”(1)
„Bo nigdy nie miałam pracy, na którą zasługuję. Jestem kobietą”(2)


chociaż na ulicy każdy mężczyzna się za mną ogląda -
pluje przez lewe ramię a kobiety zasłaniają dzieciom oczy
nie czuję się wcale gorsza od innych i cieleśnie zbrukana -
jam jest ta dziewica niepokalana i wielka macierz wieczysta

która i za spluwaczkę i za kadzielnicę na ołtarzu w zależności
od potrzeby dla zarobku robi choć po śmierci ojca nie wiem
komu na zgubę a komu na chwałę pozując do obrazów
świętych ja Wydra (tak mnie zwą) mleczne piersi obnażam

ja nie jestem specjalnie ani bogobojna ani kościółkowa –
nie byłam nawet nigdy u komunii czym doprowadzam
rodzinę do szału a szczególnie gdy zauważam że skoro
otworzyłam oczy o poranku to za sprawą samego Boga –

w moim mistycznym odczuciu to znaczy że Stwórca
wcześniej na cały dzień udzielił mi komunii (świętej?)
i błogosławił słowami – idź dziecko i nie grzesz więcej
a w miarę swoich możliwości innych powstrzymaj

chociaż na ulicy każdy mężczyzna się za mną ogląda
nie czuję się tym zaszczycona wcale – pokornie głowę
spuszczam w dół i liczę kostkę brukową w myśli (gdy
oni rozgorączkowani zimnym wzrokiem mnie rozbierają)

jak mantrę przez zaciśnięte zęby powtarzam błagalnie
„wybacz im Ojcze – nie wiedzą co czynią”


----------------------------------------
(1). film “Therion” reż. Wojciech Jachymiak, Produkcja Uniwersytet Człowieka Ognik 54.m 54.s
(2). jak wyżej, 55 m 23.s
---------------------------------
wiersz pochodzi z tomu MIRAŻE






13
ANETA KAMIŃSKA

młotem w płot
(praktyczny poradnik)

różnym podróżnym
chcąc zaszkodzić przeszkody spiętrzyć pod kłody nogi
splątać i powinąć
czarownica niecnica
czy nie najczęściej najczyściej
przebiera się
w kłębek
(może być ognisty)
przybiera pozę i minę
i zwija się z włóczki

(te zarazy
zawsze
na drutach i płotach
plotą czerwone nici wici kici koci)

(może też być upiór
dzienny lub nocny
z dwóch wiosek niosek)

mężczyzno

jeśli
zobaczysz nocą
kłębek toczący się drogą noga za nogą
natychmiast
odrzuć przesądy osądy
rozsądnie zrzuć spodnie
i złap w nie
wiedź
mie
nasienie
obłap
i nie
po
pu
szczaj
nie zważaj
na prośby groźby
choćby
i cacanki cycanki

ujdzie też
sznurek od portek lub szarawarów
na szyję zarzucić
(lecz tylko
poświęcony
i sprawie oddany)

bo jeśli nie
to potem
jedynie
starą osią osą od woza piątego koła
cień wiedźmy
trzeba bić
na odlew
na wylot
na wylew i zalew

a jeśli
wiedźma przemieni się
w przetak
(tak tak tak)
to
katuj
i po kalectwie ją wtedy rozpoznasz we wiosce

(i na stos
kto inny
już
pośle)

(ośle)


Warszawa, 1 lipca 2016




14
JOANNA FLIGIEL

Tata czasem płakał


Sadzał mnie wówczas na kolana
(nie, nie był podniecony, był po prostu czułym tatą)
i pytał, czy też go kocham. Odpowiadałam, zgodnie z prawdą,
że kocham. To była najprawdziwsza prawda, o jaką teraz trudno.
Siedzieliśmy tak godzinami i powtarzaliśmy sobie jak bardzo się kochamy.
Kochałam najmocniej na świecie, (kolokwialnie i dosłownie) na śmierć
i życie, chciałam zatrzymać to dobro, ten czas, żeby nie było wczoraj,
ani jutra, ani żadnej furii, wyzwisk, ciągnięcia za włosy, złamanych (kolokwialnych) nosów,
czy tam jakiegoś obojczyka, który mniej boli od nosa, ale dłużej się zrasta,
tylko czysta miłość, wypływająca
z oczu taty.




15
ANNA DWOJNYCH

Kołysanka


– jestem
przecinek po kolacji, kropka po śniadaniu
zapałka na zakręcie

księżyc śpi
choć śpiewam Moon River
nieczyste myśli i nieczyste dłonie
piekło do wynajęcia

uderz mnie jeszcze raz – będę




16
JOLANTA STELMASIAK

Wieś śpi



1.
północ
szczekanie psa

w kuchni
stary pijak
prowadzi konferansjerkę
„moja ulubiona
piosenka…”

nic się nie zmienia
piosenki
zawsze te same

zawsze szczekają psy

drzwi
nie zamknięte na noc

otwartym oknem
do światła
wpadają ćmy

wciąż nie potrafisz
nauczyć się
pór roku
z kolorów skrzydeł

„moja ulubiona piosenka …”

i coś
zaciska gardło


2.
cykają świerszcze


3.
czasem
udaje się zasnąć

nad ranem we śnie
pęka tafla szkła
i
pęka sen

nie wierzysz w sny
lecz boisz się

boisz się dnia

choć nigdy
żadnych
przepowiedni

żadnych
proroczych snów

nic się nigdy
nie spełni


4.
godzina
przedrannej ciszy

świerszcze posnęły
i psy

nawet te wściekłe
w nas

zbudzi
ponownie je świt


31.08 – 5.09.2004r.



Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.




WEŹ UDZIAŁ W STWORZENIU IMPERIUM SNU – PODZIEL SIĘ SNEM! Artystka Justyna Gruszczyk zaprasza do dzielenia się snami, które dzieją się w Katowicach – akcja jest częścią projektu IMPERIUM SNU, realizowaną pod patronatem Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach, gdzie odbędzie się w ramach cyklu „Drobnostki”. Najciekawsze literacko sny publikujemy na stronie ŚSG: SNY O KATOWICACH Więcej na blogu: www.imperiumsnu.blogspot.com. Polecamy!


użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
4,462,172 Unikalnych wizyt