Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

ciało na wakacjcah
Dzień Ojca - 2017
TRYPTYK TĘSKNIĄCY - ...
KUJAWIAK Z OBERKIEM ...
dzień matki, Joanna ...
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

KUJAWIAK Z OBERKIEM - Katarzyna Zwolska – Płusa




Katarzyna Zwolska – Płusa


KUJAWIAK Z OBERKIEM


Kochana córko,

urodziłaś się.
Urodziłaś się i to było niezwykłe. Poznałem cię od razu – głodna, zapłakana i taka czerwona. Żywa. Od tamtego dnia czerwień kojarzy mi się z życiem – żyją czerwone jabłka, czerwone wstążki, czerwone sukienki. Kiedy tańczyłaś w Zespole, wydawałaś się żywa jeszcze bardziej – wiązałem ci kokardy na warkoczach, a matka prasowała te koszule w łowickie wzory. Ale czy ty wiesz... czy zdajesz sobie sprawę, ilu przed tobą poległo? Marcin – twój pierwszy brat. Nie zabrałem cię nawet na jego grób, bo sam już nie pamiętam o tym dziecku. O tobie też raz przecież prawie zapomniałem. Marcin był mały jak garść piasku. Potem Piotr. Piotr był biały jak kostka masła. Ile razy musiałem opowiadać ci jak umierał mi na rękach? Dlaczego wciąż o to pytałaś? I ci wszyscy twoi koledzy – co drugi to Piotr. Mówiłaś, że musisz ciągle znać kogoś o tym imieniu, żeby czuć własne istnienie. Nie rozumiem tego do dziś. Ani tego, że lubisz wiedzieć, na jakiej glebie wyrosłaś, jaki towarzyszył jej rozkład. Bo ja już nawet nie liczę tych wszystkich płodów, które poroniła twoja matka. Ty liczysz. Najbardziej żal ci tego, który spłynął z kałużą krwi po tym jak mama podniosła worek z cukrem. Taka słodka śmierć. I wiem, że tobie czerwień nie może kojarzyć się z życiem. Że te wstążki i kujawiaki, gdy miałaś trzynaście lat, to było takie małe umieranie. Już wtedy.
Urodziłaś się w samym środku zimy. Dziwi mnie, dlaczego jej teraz nie lubisz. Przecież mróz koi ból, znieczula. Byłaś naszą odpowiedzią od Boga, który wcześniej niczego nie widział i niczego nie słyszał. Byłaś bardzo głośną odpowiedzią – wciąż płakałaś za jedzeniem. Nie za mamą i tatą – za jedzeniem. Kiedy byłaś taka chuda – w czasach wstążki i oberka, bałem się, że ty ciągle płaczesz za tym jedzeniem, które przelatuje przez ciebie jak woda.
Pamiętam twoje pierwsze urodziny. Wróciłem po operacji ze szpitala, a ty mnie nie poznałaś. Rozpłakałaś się na mój widok i to już właściwie wtedy stało się naszą tradycją. Często płaczesz z mojego powodu. Często mnie nie poznajesz. Mama tłumaczyła ci, że to ja, że zgoliłem wąsy, ale ty wciąż płakałaś, a mnie bolała blizna po tej przepuklinie i nie mogłem wysiedzieć.
Atmosfera tamtych dni była ciężka, ale przygniotła nas dopiero po latach – ciebie i mnie. Mama upadła znacznie wcześniej – zaraz po śmierci Piotrka. Chodziła i zaglądała obcym kobietom do wózków, by sprawdzić czy ich niemowlęta żyją. Byłem przerażony, kiedy ty też zaczęłaś to robić. To było po twojej pierwszej operacji – tej, po której pisałaś o sobie jako syrence – pół kobiecie-pół rybie. Bezpłodnej. Kazałaś się wozić wtedy na wycieczki do parku i patrzyłaś na matki z dziećmi. Dokładnie tak, jak kiedyś twoja mama.
Mnie dopadło w czasie, gdy ty byłaś już w liceum. Zbiegliśmy się wtedy w naszym nieszczęściu, ale byliśmy jak małe dzieci – zabawa równoległa, nie wspólna. Ja piłem, ty popadałaś w anoreksję. Od czego to się zaczęło? Od mojego picia czy twojej anoreksji? Kto z czym sobie wtedy nie poradził?

Kochany tato,
urodziłam się i to było naturalne. Zawsze zastanawia mnie, dlaczego w naszej rodzinie normę traktuje się jak jakąś wielką rzecz.
Marcin i Piotr to moi bracia, którym się nie udało. Ja mam szansę żyć i próbuję za całą naszą gromadkę płodów, zarodków, embrionów. W ogóle nie czuję się przez to pojedyncza. Mam w sobie te wszystkie małe serduszka, małe nerki, małe żołądki. Bo jak tu się pozbyć tego, co nas poprzedza, jak wyrwać się z kontekstu? Mój kontekst to śmierć Piotrka. Żałoba się jeszcze nie skończyła, gdy z łona matki wyskoczyła świeża osoba. I co tu zrobić z takim dzieckiem? Nakarmić – mlekiem w proszku, oczekiwaniami i umieraniem (umieralnością raczej). Bo czym innym, skoro niczego w tamtych czasach nie było? Mama chodziła na czarno jeszcze wtedy, gdy odzyskałam pamięć, bo widocznie musiałam ją na jakieś trzy lata utracić, skoro nie pamiętam chwili swojego przyjścia na świat.
Piłeś, bo chciałeś umrzeć, ale tak powoli, po troszeczku. Nie jadłam, bo chciałam umrzeć, ale tak niezauważalnie, stopniowo. Spotkało nas właściwie to samo, chociaż całkiem na odwrót – ty ładowałeś w siebie coraz więcej, robiłeś długi; ja byłam za to oszczędna, jadłam sto kalorii dziennie w postaci kisielu na słodziku. Dziś sądzę, że to był taki wyścig, kto umrze pierwszy. Pamiętam tę noc, podczas której chciałeś wygrać łykając kilkanaście tabletek psychotropowych. Zobaczyłam w przedpokoju twoje gołe stopy. Leżałeś na podłodze i umierałeś sobie, z tym, że bardziej intensywnie niż zazwyczaj. Krzyczałam histerycznie w swoim pokoju wijąc się na łóżku. Mama trzymała mnie, bym nie wyskoczyła przez okno, które mogło tego dnia stać się „wrotami do nieba” – taka nobilitacja, bo okna zawsze chciałaby być drzwiami. Następnego dnia powiedziałeś, że to przełom, czarna niedziela. Zgłosiłeś się na terapię.

Córeczko,
zgłosiłem się na terapię, której nie ukończyłem. Wyrzucili mnie, bo po każdej sesji chodziliśmy z chłopakami na wódkę. Zgłosiłem się na drugą terapię, której również nie ukończyłem, bo twierdzili tam, że twoja anoreksja to też forma uzależnienia i że robisz to, bo ja piję. „Bzdury” - wrzeszczałem na tę siksę psycholożkę. „To nie moja wina, że się gówniarze w dupie poprzewracało!”. Nie zauważyłem nawet, że ty już właściwie nie masz pośladków, piersi, brzucha, ale w przyrodzie nic nie gnie, więc zaczęłaś rozrastać się w głąb, wyrównywać braki – wewnątrz ciebie wyskoczył guz. Tym razem ty chciałaś mnie wyprzedzić.

Drogi tato,
ważyłam czterdzieści kilo, gdy zrobili mi drenaż jelita. Wyciągnęli stamtąd siedmiocentymetrowego ropnia w kolorze złota. Po zabiegu poprosiłam o drożdżówkę ze szpitalnego baru. Zjadłam trzy. Mama głaskała mnie po rękach, a ty przyszedłeś tylko na pięć minut.
Niezauważalnie zaczęło wychodzić słońce, wypełniać mnie jak gronkowiec złocisty. Zdobyłam się na odwagę i wyprowadziłam się. Mama czasem opowiadała mi, że wciąż znajduje butelki za pralką, że znikasz na kilka nocy i wracasz poobijany. Odwracałam się od tego, wstawiałam wodę na herbatę w swoim nowym mieszkaniu – odpalałam gaz, wahałam się chwilę, czy użyć ognia, ale zawsze decydowałam się obejrzeć gazowe iluminacje tańczące na palnikach i ulotnić się do swoich zajęć.
Moje umieranie spowalniało, zatrzymywało się, a ja rosłam. Pięćdziesiąt pięć kilogramów normy. Normy, rozumiesz tato?

Kochana córeczko,
kiedy ty osiągałaś normę, ja zaczynałem rozumieć jak bardzo jest mi ona potrzebna. Twoja mama dała mi ostatnią szansę. Zacząłem leczenie psychiatryczne, podczas którego zdarzało mi się popłynąć, ale to był proces, z którego nie zdawałaś sobie nawet sprawy. Przestaliśmy bawić się w jednym pokoju, przestaliśmy się ścigać.
Najbardziej lubię to zdjęcie z twojego wesela, na którym razem tańczymy. Ja uśmiecham się bardzo niepewnie, bo to była pierwsza impreza z alkoholem, a ja nie piłem, ty patrzysz prosto przed siebie, bo wreszcie jest jakaś przyszłość i jakaś prostota w tym. Nie miałaś czerwonych wstążek ani korali, bo rodziłaś się do nowego życia, a to musi odbywać się w absolutnej bieli.
Minęło pięć lat odkąd nie piję. Ale ty znowu ważysz czterdzieści kilo. Doktorzy mówią, że alkoholikiem i anorektyczką jest się do końca życia. Pracujesz nad tym, by się nie głodzić, a ja nad tym, by nie podjąć rywalizacji o umieranie.

Tato,
moje życie jest jak kujawiak z oberkiem – przebiega epizodycznie – przyspiesza i zwalnia. To się podobno nazywa choroba afektywna dwubiegunowa, ale dla mnie to taniec.
Czasem śnią mi się twoje gołe stopy i otwarte okno. A potem to tarcie z rzeczywistością, od którego schodzi skóra i jesteśmy tak wystawieni na słońce.
Podziękuj mamie za drożdżówki. Zjadłam trzy.




Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.




WEŹ UDZIAŁ W STWORZENIU IMPERIUM SNU – PODZIEL SIĘ SNEM! Artystka Justyna Gruszczyk zaprasza do dzielenia się snami, które dzieją się w Katowicach – akcja jest częścią projektu IMPERIUM SNU, realizowaną pod patronatem Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Katowicach, gdzie odbędzie się w ramach cyklu „Drobnostki”. Najciekawsze literacko sny publikujemy na stronie ŚSG: SNY O KATOWICACH Więcej na blogu: www.imperiumsnu.blogspot.com. Polecamy!


użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
4,603,771 Unikalnych wizyt