Śląska Strefa Gender
ŚLĄSKA STREFA GENDER
Śląska Strefa Gender

Kontakt
Linki
Aktualności
Feminizm
Szukaj

Justyna Skolicka - J...
Dobranocki
Cz.3 SLAM ANTYPRZEMO...
Cz.2 SLAM ANTYPRZEMO...
SLAM ANTYPRZEMOCOWY
pisarki, poetki ze Śląska, Zagłębia i nie tylko
twórczość


zestawy wierszy
zestawy wierszy

MĘŻCZYŹNI PISZĄ. Mężczyźni z Strefie Twórczości. Proza, poezja, esej.
artykuły

rozmowy, spotkania. o literaturze, życiu, kobiecości
wywiady

recenzje, szkice literackie, noty o książkach
recenzje

OCZKO, czyli STREFA 21 PYTAŃ do doświadczonej poetki/poety
artykuły

literatura genderowa i feministyczna - artykuły, eseje, szkice naukowe, opracowania
artykuły

najciekawsze konkursy, projekty, akcje literackie.
konkursy literackie

Joanna Fligiel
Joanna Fligiel – redaktorka Śląskiej Strefy Gender oraz Babińca Literackiego. Urodziła w 1968 roku w Katowicach, trzy lata później przeprowadziła się z rodzicami do Bystrej Śląskiej i zamieszkała na terenie sanatorium przeciwgruźliczego. Jako dziecko była ofiarą przemocy domowej i ten temat zdominował jej wiersze. Wydała trzy książki z wierszami: Autoportret (2008, Nagroda Główna w Konkursie zorganizowanym przez East Bay American Association - „Debiut 2008”) i Geny (2011, nagroda Grand Prix w III Ogólnopolskim Konkursie Poetyckim „O Granitową Strzałę”) oraz we wrześniu 2018 roku Rubato, wyd. K.I.T Stowarzyszenie Żywych Poetów. Prawnuczka więźniarki Ravensbruck i Auschwitz. Spory wpływ na twórczość mieli również dziadkowie i miejsce ich zamieszkania – Jura Krakowsko-Częstochowska. Obecnie w nieustannej podróży między Polską a Niemcami. Przez większość stacjonarnego życia uprawiała piękny zawód księgarki. Z wykształcenia ekonomistka. Babcia, mama, żona ,siostra, przyjaciółka i feministka. Czuje się poetką.




Twórczość:

(wiersze pochodzą z nowego tomu "Rubato")



Fligiel

Wszystko od czegoś się zaczyna:
od odry, od gorączki po odrze,
od matki niedoszłej baletnicy,
od ojca niespełnionego pianisty,
od dysleksji, od atropiny,
którą wkrapiano mi przez lata w zdrowe oczko
albo od całego dorastania pod kołdrą.

Wszystko się na coś zrzuca:
na odrę, na gorączkę po odrze,
na matkę niedoszłą baletnicę,
na ojca niespełnionego pianistę
na dysleksję, na atropinę,
którą wkrapiano mi przez lata w zdrowe oczko
albo na to całe dorastanie pod kołdrą.

W końcu nadaję imię: Nie warto.

Dzisiaj mam tylko nazwisko,
które nadal wymawiają, jakbym była żartem.




Pętliczek, czerwony stoliczek

Czy bije, krzyczy, czy mocno trzyma i szczypie
i co robi matka, czy też krzyczy,
czy nadal uprzejmie segreguje gazety.
Może leży z nimi, nieodpowiednio, na stoliczku,
być może leży, upadła, może omdlała, zdziwiona,
że tyle krwi, tyle krwi, tyle krwi wypływa
z jednego potłuczonego nosa.

Czy bije, krzyczy, czy mocno trzyma i szczypie
i co robi najpierw. Najpierw sadza na kolana,
pyta, jak mocno go kocham, a potem szczypie.
chcesz zejść z kolan, przytrzymuje i krzyczy;
jesteś taką samą suką jak ona. Tylko czekać,
tylko czekać, aż dostaniesz cieczki i byle pies,
byle pies cię wyrucha, a potem bęc.
jeśli jest zwinna, może uciec do łazienki, z klatki
na klatkę, po schodach do piwnicy, przeczekać może,
może nawet wsiąść do pociągu byle jakiego z kamieniami
w gardle, z zaciśniętymi pięściami, najczęściej boso. Konduktor,
konduktor to pikuś w porównaniu z facetem w garniturze,
którego wszystko denerwuje, chyba, że akurat matka zaklinuje się w progu,
no to wtedy: na kogo wypadnie, na tego bęc, bęc, bęc, bęc, bęc, bęc, bęc, bęc




Tata czasem płakał

Sadzał mnie wówczas na kolana
(nie, nie był podniecony, był po prostu czułym tatą)
i pytał, czy też go kocham. Odpowiadałam, zgodnie z prawdą,
że kocham. To była najprawdziwsza prawda, o jaką teraz trudno.
Siedzieliśmy tak godzinami i powtarzaliśmy sobie jak bardzo się kochamy.
Kochałam najmocniej na świecie, (kolokwialnie i dosłownie) na śmierć
i życie, chciałam zatrzymać to dobro, ten czas, żeby nie było wczoraj,
ani jutra, ani żadnej furii, wyzwisk, ciągnięcia za włosy, złamanych (kolokwialnych) nosów,
czy tam jakiegoś obojczyka, który mniej boli od nosa, ale dłużej się zrasta,
tylko czysta miłość, wypływająca
z oczu taty.




Rytuał

Powiesił się dwudziestego szóstego marca,
z niedzieli na poniedziałek. Zawsze chciałam,
to napisać. Można przypuszczać, że nigdy
nie lubił poniedziałków, jak większość
zaharowanych Polaków.

Nic bardziej mylnego, jeśli już nie lubił
jakiegoś dnia tygodnia, była to niedziela.
Długa, nudna niedziela z osobami,
z których nigdy nie był zadowolony,

a nie daj Boże, gdy jeszcze zjechało się nas więcej,
dalszych, liczniejszych, powiązanych genetycznie,
niczym karaczany wschodnie, chaotycznie rozłażących się,
zaglądających we wszystkie kąty, i trzeba było (już na trzeźwo)
i natychmiast, od razu po ich wizycie, otwierać te wszystkie
szafki, szafeczki, szuflady, szufladeczki,
pudełka, wersalki, barki i skrzynie. Liczyć
przekładać, układać, te wszystkie
płyty (winylowe), kasety magnetofonowe,
te kable, kabelki, śruby, kombinerki, banknoty
i drobniaki, skarpetki z eReFeNu, sztućce,
sygnety, spinki do mankietów,
a na końcu dopiero krawaty.

W Peerelu naprawdę byliśmy bogaci,
choć przeważnie zasmarkani i niewyspani,
przynajmniej nasza trójka, nie licząc oczywiście taty,
któremu zawsze czegoś brakowało.




***

Wciąż piszę o swoim ojcu w krawacie, bez krawata,
w łazience, w pokoju, na schodach, pod schodami,
za drzwiami, w worku. jakby nie mogła przestać.
jakby nikt i nic więcej mnie nie interesowało, tylko on
i jego mądrości, czułości, powiedzonka, decyzje.
Obsesyjnie-kompulsyjnie szlifuję te wierszyki, układam
w cykle, w rozdziały, w tomiki. Nawet, gdy nikt nie chce
ich wydać, gdy głos w głowie buntuje się: to się leczy,
leczy, a nie zapisuje.




Podróż do krainy słodyczy

bratu

Białe ściany, góry pościeli na tapczanach.
Bawimy się żołnierzykami. Za drzwiami
toczy się wojna, czym głośniej, tym ciszej.
Walimy klockami w nasze wojska. To czas
największych i najdłuższych bitew.

Tak łatwo zasypiasz, wystarczy, że przeczytam
kilka stronic. Wierzymy w cud (jak Marynia z baśni,
której miłość do dziadka do orzechów jest w stanie
zdjąć czar z pokracznej figurki), ale nie nadchodzi.
Pewnie dlatego, że to mysi król.

Lepimy baby z piasku. Jesteś bardziej cichy niż inne
dzieci, za to ja mielę językiem, jakbym mieszała im
myśli, nie dopuszczę pytań. Wstyd. I tak powstanie
mit, że jestem ta silniejsza. Nie jestem, chociaż
w moich żyłach płynie więcej krwi.




Sanatorium na Kubalonce

Te gazetowe dramaty przypominają mi historię mojego brata.
Byliśmy wtedy, oczywiście, dziećmi. Przynajmniej tak mi się
wówczas wydawało. Mama kupiła dla mnie zieloną sukienkę,
ale jeszcze było za zimno, żebym ją założyła.

Bardzo za nim tęskniłam, bo zawsze dzieliliśmy pokój
i wszystko, z czym musieliśmy się zmierzyć. Naszych łóżek
nie dało się połączyć, ale łączyła nas szczególna więź,
o której przypominały stare plamy na materacu brata.

Myślałam, że jest mu tam lepiej i trochę mu zazdrościłam.
Co ja mówię, bardzo mu zazdrościłam i byłam pewna,
że jest mu tam lepiej. I wtedy nauczyłam się, jak błędnie
jest myśleć, że wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma.

To nie była słoneczna niedziela, raczej ponury dzień,
w którym trudno odróżnić pory dnia, zwłaszcza gdy
patrzysz pod nogi, lecz wstaliśmy w dobrym nastroju,
w jakim należy wstawać, gdy chcesz kogoś odwiedzić.

Nie śpiewaliśmy w drodze do Istebnej wesołej piosenki.
Siedziałam cicho z tyłu, jak zawsze, i robiło mi się mdło
od tej zakręconej drogi i powodów, z których znalazł się
w sanatorium, ale to dłuższa historia.

Chciałabym już przejść do jądra, a raczej jąder
mojego braciszka, sinych i dużych jak pięści,
gdy zaciskasz dłonie, którymi chcesz ukarać
nieletnich oprawców, ale nie możesz.




Kolor dzieciństwa

Kiedy mlaszczesz, zapominam
oddychać. Zawsze byłam dziwna:
oddzielam kaszę od sosu. Taka mała

zemsta świetlicowej na córce komunisty:
nałożyć jedno na drugie, wymieszać, podać
wrzące, a (tylko) Jolce dać possać iryska.

Na razie mam za długie ręce, nogi,
włosy obcięte za krótko, okulary wciśnięte
głęboko w kieszeń. Wstydzę się. I jeszcze

urosną mi piersi, i zostanę jak one,
kolejną suką z cieczką. Zjeżdżamy
na sankach przy kurnikach.

Mała górka, jedno ostrze. Metal.
Znowu szpital. Mama płacze. To, co
pamiętam, rzadko bywa mało czerwone.






Komentarze
Brak komentarzy.
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.






felietony

użytkownik/czka

Hasło



Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
kliknij TUTAJ.
Tylko zalogowani mogą dodawać posty w shoutboksie.

swewa
27/08/2018
od wczoraj nowa zakładka STREFA TEKSTÓW LEKKICH! zapraszamy do współpracy

nalika
17/11/2013
Niepewność dotyka nas wieczorami gdy się ręce do siebie kleją gdy sprawdzamy czy jeszcze zlepia w niepokoju spojrzenia dowcipie nie na temat żalu za grzech niepopełniony rzuca pytania o

swewa
10/11/2013
UWAGA! nowy panel - MĘŻCZYŹNI PISZĄ... Zapraszamy do współpracy smiley

Copyright © 2011
Projekt: Fundacja Feminoteka
system CMS: PHP-Fusion v6.00.300 © 2003-2005
5,839,245 Unikalnych wizyt